Jerzy Geniusz

Janczarzy

Jęczało ostrze na ostrzu. Żelazo w żelazo się wpija. Spragnione gorącej krwi, jak chłopiec dziewczęcych ust.

Ciemność drąży już ciało, szukając do serca ścieżyny. Rdza skrzepem czerwieni zgorzkniała, jak chłopiec w objęciach dziewczyny.

Ostrze na ostrzu się wspiera. Strach śmierci w janczarach zamiera. Napiera już ława piechoty. W jeden napręża się łuk. I spod ostrych szyszaków spogląda jedno oko. Tysiąc szabel tnie imię Proroka. I nie ma odwrotu. Dzika rozkosz, niczym pieszczoty spragnionych rąk.

Błękitnoocy, jasnowłosi, chrześcijanom skradzeni synowie. Półksiężycem wyhodowani - w stronę Kaaby oddają pokłony. Zostali już murem islamu, jego ramieniem i okiem. Gotowi na chwałę Proroka dusić braci i sióstr.

Jedyną ma janczar nagrodę. Jedyną ma w życiu drogę. Na bitwę iść jak na święto. Śmierć przyjąć z ręki brata po krwi, przeklętą.

I uwierzyć musi, że błędnego syna utuli po śmierci ojczyzny kruszyna. Bo zdrady nawet ślepego kreta, nie dopuszczą do bram raju Mahometa.




Źródło: Jerzy Geniusz. Na początku było tylko słowo... Białystok, Klub ZLP, 1981.
Tłumaczenie: Jan Leończuk

Беларуская Палічка: http://knihi.com