Uładzimir Karatkievič

Czerwona tarcza

Tęcza wypiła chyba niejedno jeziorko, a oni wciąż jeszcze siedzieli na zboczu pagórka, spoglądając na łęgi za rzeką, z których siedmiobarwna wyrastała. Chłopiec mógł mieć niewiele ponad dwudziestkę, dziewczyna mogła być o dwa lata młodsza, siedzieli w znieruchomiałym milczeniu, jak gdyby nie istniejąc dla siebie. Coś ich oddzielało, o czym ciężko było zapomnieć, a bez tego zapomnienia trudno było żyć.

Tęcza z każdą chwilą nasycała się barwami o takiej jasności i czystości - jak sama istota radości, przez jej przezroczystość widać było owe łęgi, a nad nimi liliowobłękitne niebo.

- Ależ i pije! - powiedział chłopak.

- Tak jak ty pijesz życie - odpowiedziała ona. - Wszystko tylko dla kolorów, wszystko nie wiadomo po co.

- Owszem, dla kolorów, ale nie dla siebie.

- Oczywiście, ty zawsze znajdziesz wymówkę.

Chłopak nic na to nie odrzekł. To były ich pierwsze słowa w ciągu trzech godzin. Czy warto było otwierać usta, żeby powiedzieć takie właśnie słowa?!

Przed nimi rozpościerała się Oka, mówiąc dokładniej, jedna z jej odnóg, a dalej były właśnie łęgi, z których piła tęcza, jeszcze zaś dalej, odbijając liliowe chmury, główny nurt rzeki.

Tęcza wraz ze swoim odbiciem w wodzie tworzyła jaśniejące wesołe łęgi, w których oni nie znajdowali dla siebie miejsca.

Na lewo, gdzieś w oddali, nad brzegiem głównego koryta rzeki wznosiły się wały z jakimiś ruinami - to były wały starego Riazania, który nie dźwignął się po tatarskim najściu.

Z tyłu za nimi przycupnęło zacisznie w sadach małe miasteczko Spask. Dachy miasteczka parowały, wysychały w słońcu, wcale nie pamiętając o tym, że w całości nazywają się Spaskiem. I nie chciały o tym pamiętać. Tutaj szukali schronienia mieszkańcy starego Riazania, gdy nadciągnął Batu-Chan. Ocaleli tylko nieliczni.

Tych dwoje nie uciekało do Spaska, ich po prostu przysłano tutaj z Moskwy na praktykę. Byli kończącymi studia dziennikarzami. Koledzy powitali ich w życzliwo-żartobliwy sposób:

- Bia-ło-ru-sy, bia, bia!

Oni zaś szczególnie zaprzyjaźnili się ze sobą jako krajanie.

...Po dwóch tygodniach pracy w Spasku chłopak postanowił zwiedzić okolice, i to te dalsze. Dlatego, że nie mógł dłużej z nią przebywać. Dlatego, że - zakochany w tej dziewczynie - teraz nie chciał, nie potrafił znosić jej obecności. Wszystko w niej, do niedawna takie serdeczne, stało mu się obce.

Postanowił napisać szereg reportaży o tutejszej gospodarce łąkowej, porównać ją z gospodarką swego rodzinnego Padprućcia i wyciągnąć z tego wnioski, wcale zresztą nie pocieszające.

Ale w rzeczywistości pozorował tym tylko swoją ucieczkę. Ucieczkę od samego siebie.

Więc jeździł. Był w okolicach Riazania, przeprawił się łódką przez Okę - most został zerwany przez nieoczekiwaną powódź letnią - wytrząsał wnętrzności w ciężarówkach, tłukł się starymi autobusami, pływał w łódkach, wytrzepywał w hotelach kurz z marynarki, rozmawiał z ludźmi na promach, ze starymi stróżami sianożęci, z kobietami, które posługiwały się śpiewną mową Jesienina.

Widział nie tylko to, co należało do pracy nad reportażami. Ciekawy był w ogóle życia ten człowiek o włosach barwy miodu, o błękitnym, dobrym ale czasem i surowym spojrzeniu, zagryzał wargi w sposób niewłaściwy jego latom.

Był w rodzinnych stronach Jesienina, widział w mgle podmokłych łąk ryże konie, pobrzękujące dzwoneczkami. Poznał w Sałotczy nowy hotel i wspaniałość starego właśnie restaurowanego monasteru. Były to miejsca, w których ongi przebywali ludzie o szczególnie bliskich mu nazwiskach, wyłączając tylko te dwa: ...Bahdanowicz... Kupała...

Zwiedził w Sołotczy dom rytownika Pożałostina, który opisywał Paustowski w Depeszy i w Kraju mieszczorskim. Dom był stary, z facjatką, w której pisarz urządził swój "mostek kapitański" - gabinet, z którego widać było ogród. W tym to domu przebywał Frajerman, autor Dzikiego psa Dingo. Chętnie przyjął u siebie chłopca, oprowadził go po domu, na którego ścianach wszędzie widniały prace Pożałostina. Wszystkie wykonane zostały niemodną teraz techniką - były miedziorytami... Brązowe, nie otynkowane bierwiona ścian powleczone były farbą chroniącą przed kornikami.

Gospodyni - gospodarz bowiem poruszał się z trudem - oprowadzała chłopca po ogrodzie, pełnym cienia od drzew, tak zarosłym, że nawet liście babki były jak wąskie ostrza. Gdzieniegdzie w sadzie znajdowały się murszejące ławeczki klecone z desek jeszcze przez samego Gajdara, pisarza, którego jeszcze i dziś trudno nazwać umarłym.

Mieszkali tu kiedyś trzej wielce utalentowani ludzie. Pisali książki, łowili ryby, urządzali sobie wzajem rozmaite psikusy. Paustowski pisał w łaźni, kiedy zaś bawiono się w Indian, oklejał całe ciało różnokolorowymi znaczkami ze starych kopert, co przypominało tatuaż. Nie chciał zmywać z ciała tych znaczków, gdyż całość była bardzo wzorzysta. Gaj dar pewnego razu przylepił na wrotach ogłoszenie: "Skup robaków od mieszkańców" (w Sałotczy mało było robaków) i wiejskie dzieci, przestępując z nogi na nogę, prosiły, żeby do nich po robaki wyszedł "najgłówniejszy", sam Gajdar. Uważali go za najgłówniejszego ze względu na jego posturę. Potem milicjant kazał zerwać to ogłoszenie "jako dyskredytujące". Była awantura.

Młody człowiek zobaczył starą fotografię, na której został zatrzymany wszystkim teraz znany kot, ten sam kot, opisany w świetnym opowiadaniu Kot-złodziejaszek, który pożerał ryby, zaś za węgłem łaźni stał zaczajony Paustowski.

To byli szlachetni ludzie i chłopak wiedział, że on, przeciętny człowiek, jest im bliski przez swoje pragnienie życia i radości, że z oddaniem kocha ich za wszystko.

Jednocześnie jednak w jego sercu razem z tą radością wzmagała się tęsknota, do której nie chciał się przyznać, tęsknota za nią. Smutek, iż ona wspólnie z nim nie oglądała masztowych borów Sałotczy, nie zachwycała się małą dziewczynką w autobusie, nie stąpała po wzdychającej podłodze starego domu.

Nie oglądała tego i oglądać nie chciała. Nie zachwycała się niczym i nadal niczym nie chce się zachwycać. Nieczęsto spotykał ludzi, którzy tak bardzo nie odczuwali związków z przeszłością - daleką i bliską. Z kurhanami nad brzegiem Dniepru, z Kamieniecką wieżą, z ryżymi jesieninowskimi końmi na łęgach i trzema młodymi, wesołymi ludźmi, z którymi dwaj żyją i piszą, choć nie stali się młodszymi, trzeci zaś stał się przeszłością, gdyż swój talent oddał ludziom, życie zaś - Ojczyźnie.

On zaś, w przeciwieństwie do niej, tak żywo odczuwał związki ze wszystkimi, którzy byli, którzy są, którzy będą na ziemi. To mu dawało poczucie czegoś doniosłego, znacznie ważniejszego niż on sani. Rodziło w jego duszy poczucie jakiejś wielkiej i smutnej zarazem dumy, dumne i gorzkie odczuwanie wspólnej wszystkim radości, ciche marzenie o jedności rodzaju ludzkiego. Poczucie, które tak sugestywnie wypowiedział Rublow w Świętej Trójcy.

Wracając na przypadkowo spotkanym wozie do Spaska, zastanawiał się nad tym, jak to się stało, że w ciągu tych dwóch tygodni lepiej poznał Nikę niż w czasie kilkuletniej znajomości. Aż wreszcie zrozumiał - po prostu nigdy przedtem z nią na te tematy nie rozmawiał. Był przekonany, że to wszystko istniało w sposób tak oczywisty w każdym człowieku, jest samo przez się zrozumiałe, że nie trzeba o tym nawet mówić. Podobnie jak o tym, że każdy chce kochać i być kochanym, że jest zrodzony dla miłości, szuka jej przez całe życie, modli się do niej i umiera z jej wspomnieniem.

Okazało się, że jest inaczej, że są ludzie, dla których istnieją tylko chwile, teraźniejszość. I że wśród podobnych ludzi znajduje się ona, którą kochał nazawsze, podobnie jak przeżywał radość i smutek za wszystkich. Głupia, nie przeczuwając nawet istnienia takich związków uczuciowych, zubożała samą siebie!

- To romantyczność - powiedziała wtedy, nie szczędząc ironii swojemu głosowi.

To było na trzy dni przed jego ucieczką, w czasie wspaniałego i jednocześnie tak strasznego dnia jego życia.

Przez cały ów dzień jeździli gazikiem z zarządu miejskiego, przemierzając łęgi nad Oką. Trawy uderzały w szkło wozu, pieszczotliwie ocierały się o ludzkie plecy. Całe to morze czerwieniło się koniczyną, bielało dzięcieliną, unosiła się woń miodownika, lepiła się smółka - łagodnie brzęczały pszczoły - morze to odurzało, przyprawiało o zawrót głowy. Wiodły przez to bogactwo triumfującego życia dróżki tak wąskie, że ich nogi w gaziku całe były osypane mimo woli zrywanymi kwiatami. Trawy były tak gęste, iż wydawało się, że leżąc na nich wcale nie leży się jeszcze na ziemi.

- Iwar! - zawołała.

Imię miał cokolwiek dziwne. Trochę nawet nim się szczycił, na pytanie skąd się wzięło, powołał się na tradycje, sięgające jeszcze Waregów.

- Iwar! - tak więc zawołała - miły mój, cóż to się dzieje?

Powiedziała w ten sposób po raz pierwszy. Wiedział, że niezbyt jej się podoba, nazbyt był skromny w porównaniu z innymi, dowcipnymi i sprytnymi. Może tylko to jego imię było niezwykłe?

- To po prostu radość - odparł i dodał, nieoczekiwanie dla samego siebie: - To ty!

Nie zaskoczyło to jej.

- Nie! - zaprzeczyła. - To ten wspaniały dzień. Mój Boże, jaki wspaniały dzień!

Był to rzeczywiście jeden z najlepszych dni w życiu. Iwar spochmurniał tylko jeden raz, gdy zobaczył dna jezior, spuszczonych do Oki. Widziało się jedynie czarne, spękane i łuszczące się błota. Coś niedorzecznego, przecież one i tak nie zarosną dobrą trawą, zniszczą ją wiosenne i jesienne deszcze, poprzedniej zaś urody nikt i nic już nie przywróci.

- Jaki dzień! - powtórzyła.

W trawach w których trudno było odszukać ziemię, migali jeźdźcy. Nawet końskich nóg nie było widać. Jeźdźcami tymi byli kołchozowi stróże, ale równie dobrze mogli nimi być. Zaporożcy w stepie lub scytyjscy zwiadowcy.

- Jaki wspaniały dzień!

Dzień był jak płomień. W górze słońce, na dole - barwne dywany traw. Jeden ze stróżów minął wóz. Za koniem, niemal przy samych jego kopytach biegły dwa psy.

- Jakie to są psy? - zapytała Nika jeźdźca.

- Szpiegujące!

- Wyszpiegowywują pożywienie - uzupełniła siedzącego na koniu "scyta", podtrzymując jego żart. Scyt roześmiał się, chlasnął konia nahajką, znikł razem z psami w kwiatach, w czerwonym morzu.

...Czas jakiś Iwar prowadził samochód w milczeniu. Wokół szumiały, omdlewały w upale, sucho dzwoniły, szeleściły wilgocią łęgi.

- Czy ty naprawdę wierzysz, że to radość? - zadała pytanie. - Czy ta radość to ja?

- Od dawna!

- Miły mój! - szepnęła, jak gdyby naraz wszystko zrozumiała.

Owiewał ich ciepły, dyszący woniami i brzęczeniem, wietrzyk.

Iwar spojrzał na nią. Oczy były przymknięte, u brzeżków warg błądził smutno-radosny uśmieszek, nozdrza regularnego noska wdychały pachnące powietrze, piły je.

- W oczach mam ogniste kręgi słoneczne, zatrzymaj się na chwilę, Iwar!

Trawy były tak gęste, że wydawało się, że leżącego na nich utrzymają nad ziemią.

To było złudzenie. Dokoła nich, nad nimi, na nich napierał, toczył się groźny, gorący i wilgotny ocean traw.

Bielały olbrzymie rumianki, dzwoniły liliowe dzwoneczki, śpiewały trzmiele, wgłębione w malinowe kłębuszki koniczyny i pięły się, wiły się jak chmiel, oplatając ręce i nogi, białoróżowe powoje.

Ale widział to tylko on. Kwiaty i ziemię widział tylko on. Ona zaś w tym czasie mogła widzieć jedynie przesłonięte mgiełką niebo, w którym, trzepocząc, zastygł na chwilę czujny sokół.

 

...Zamiast dwóch pokojów w hotelu, wynajęli mały narożny pokoik w małym domu nad samą Oką. I za dnia, i w nocy widzieli niebo. Za dnia było to niebo błękitne, w nocy - kobaltowe, jakby opryskane fosforyzującym, rozrzedzonym srebrem księżycowym.

W pokoju, oddzielonym od pokoju gospodyni korytarzykiem, skrzypiała podłoga, z miednicy spadały na nią dźwięczne krople wody. Na ścianie wisiała fotografia nieznajomego mężczyzny w wysokim gutaperkowym kołnierzyku (trzeba było, ze względu na jego surowe spojrzenie, odwracać go co jakiś czas) oraz dwa oleodruki: Böcklina. Wyspa umarłych i Dziś źle się czuję. Ten drugi przedstawiał białego kotka z czerwoną kokardą w czarne grochy na szyi. W pokoju znajdowała się pękata komoda i szerokie, staroświeckie łóżko.

- Jakie to wszystko idiotyczne! - orzekł Iwar po obejrzeniu pokoju.

- To głupstwo. Za to jakie powietrze aż z łęgów tu przypływa!

Zgodził się z Niką. Czuł się bezwstydnie, bezgranicznie szczęśliwy. I to właśnie poczucie sprawiło, iż nie zauważył, że przez cały następny wieczór Nika była jakaś obca czy nieobecna. W nocy zbudziły go dziwne, przygłuszone dźwięki. Nie próbując cokolwiek zrozumieć, objął ją, ramieniem odczuł wilgoć na jej policzku.

- Mój duży wróblu, co ci jest?

- Czy pamiętasz tamtego sokoła, co to wtedy?

- Nic nie pamiętam... - zaciął się. - Ach, tak... Ale o co chodzi, o co ci chodzi?

- Zawisł nieruchomo nad głowami i nagle runął w dół, w kwiaty. Wiadomo, coś upolował!

I nieoczekiwanie dodała zduszonym głosem:

- Czyż nie tak właśnie było?

Chłopak milczał, ona zaś westchnęła i mówiła dalej:

- Ty wiesz, że byłeś pierwszy, Iwarze. Wybacz, ale póki nie za późno... Otóż obudziła mnie myśl: nic takiego się tu nie zdarzyło. Były tylko łąki, kwiaty, jeźdźcy, smółki, powoje.

- Ale ja przez całe te lata byłem w tobie zakochany!

- Na mnie to spadło jak piorun z jasnego nieba. I teraz jest mi strasznie. Czyżby to już wszystko? Zaczęło się i skończyło, choć obok jesteś ty?

Objął ją ostrożnie, jak chorą. Czuł się za wszystko odpowiedzialny, winny.

- Ze mną nic nie będzie mieć końca...

- Jak to pospolicie wszystko wypadło!

Odsunął się od niej z oburzeniem. Jej szczerość wywoływała, co prawda, szacunek - jednocześnie jednak jakże go krzywdziła. Powiedziała to, co nie każda kobieta potrafi powiedzieć, jednak nie powinna była tego czynić.

- Kwiaty. Słońce. Nagły przypływ wdzięczności dla tego wszystkiego, radość, że mogę dzielić się tym z tobą... I oto patrzę w noc...

Noc była jasna. Księży c ukośnymi promieniami przenikał przez firanki.

- Skąd ci to przyszło do głowy? Czy ja?..

- Tak, ty. Po wszystkim tym wściekałeś się w gabinecie przewodniczącego rejonowej rady na temat tych spuszczonych jezior. On twierdził, że to uczyniono przed nim jeszcze. Usprawiedliwiał się, a ty byłeś niepogodzony, ostry - nie poznawałam ciebie. A ty tak się zachowywałeś, jakby mnie przy tobie nie było. Dla ciebie były ważniejsze te jeziora, nie zaś... Upolowałeś zdobycz jak ten sokół... Jesteś mi teraz zupełnie obcy.

- Ważne są dla mnie jeziora, ważna jesteś dla mnie ty. Czy potrafisz zrozumieć, że w tamtym jeziorze przeglądali się ludzie z dalekiej przeszłości? Że mogliby w nim przeglądać się zakochani, podobni do nas, i za lat tysiąc? W nim pluskały ryby, na nim gnieździły się kaczki. I kaczki, i ryby mogłyby tam być jeszcze i za tysiąc lat. Zniszczono urodę, coś zabrano tobie, memu zachwytowi dla ciebie...

Podciągnęła się wyżej na poduszki:

- A więc dzieliłeś się mną z tymi, co minęli, i z tymi, co będą?! A dla mnie właśnie istniał tylko ten dzień!

Próbował ją objąć, ale ona się wymknęła.

- Zrozum, mnie jest dziwnie i strasznie, że ty jesteś ze mną. Nie należało tego czynić. To ten zwodniczy dzień. A potem, po tamtych kwiatach, ten pokój!

- Znajdziemy inny! - te słowa zabrzmiały niewłaściwie.

- Nie! Pójdę stąd... rankiem, podobnie jak przyszłam tu wczoraj...

I, jakby czyniąc sobie wyrzuty, dodała:

- To było takie... nieoczekiwane... W ciągu jednego dnia...

Powiedział spokojnie, ale było w tym coś z rozpaczliwego błagania:

- Był ten dzień i jeszcze było ich tysiąc przed nim!

Ona milczała, jemu zaś zdało się, że mu brakuje tchu. Leżał pogrążony w głębokiej rozpaczy, nic nie widział, choć oczy miał otwarte, potem zaś przyszło zrozumienie - nie z myślenia, lecz wynikające z całej jego istoty - że to naprawdę koniec, że los dał mu do rąk rzeczywiście tylko ten jeden dzień, po nim nie będzie już niczego. Co się właściwie zdarzyło; nie mógł zrozumieć, czuł jednak, że jest w tym jakaś niedorzeczność. Może właśnie dlatego, że niczego nie mógł zrozumieć, że ona tylko przez kaprys zabiera mu jego życie - w miejsce rozpaczy przyszły obraza i gniew.

- Postąpisz, jak zechcesz - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Ale ja byłem przekonany, że to dopiero pierwszy dzień, że we mnie i w tobie nagle zbiegło się wszystko, co było i co będzie.

Szukał jej oczu, sucho połyskujących w ciemności. Usłyszał jej głos:

- Może tak będzie lepiej... Nawet na pewno tak będzie lepiej. W ten sposób będę pamiętać wszystko, ominie mnie rozczarowanie, zostanie pamięć wdzięczności i szczęścia. Jeden dzień! Czy to mało? - Wsparła się o łokieć, westchnęła: - Jaka ze mnie idiotka! Przecież ja to wszystko wiedziałam. A zapłakałam tylko dlatego, że nazbyt dobrze wiedziałam, że przez chwilę wydawało mi się, że to strata, że człowiek może coś w życiu zatrzymać na długo.

- Opamiętaj się, co ty też mówisz?!

- A co? - zapytała z niezrozumieniem. - Ty przecież wiesz, że wiedziałam, iż to jeden tylko dzień... Ot, może trochę zrobiło mi się smutno. Wybacz... Zaraz będzie dobrze, wszystko to przejdzie. Wszystko wróci do naturalnego stanu.

- Więc cóż - to ma być tak zawsze? To było coś zwykłego? To było tylko przyjemne?

Czynił wszelkie wysiłki, aby głos mu nie zadrżał.

- A żebyś wiedziała. Wszyscy tak żyją. Współczesny obyczaj, współczesna moda, współczesne książki...

- Jakie?

- Czy ty czytałeś... powieść Bracia Strong?.. No, więc... Wszystko jest z tego kręgu...

- To wszystko jednodniowe... - powiedział. - Postaraj się to zrozumieć...

Rozmowa zaczęła go wciągać. Dopiero teraz przypomniał sobie że zawsze w jej ręku widywał tylko podobne książki. Poczucie krzywdy wciąż jednak w nim narastało, natomiast kobieta mówiła głosem spokojnym, niemal z radością, jak gdyby wyzwoliła się z opętania. Przypomniało się jej, że przed tymi wydarzeniami rzeczywiście nie był on aż tak bardzo potrzebny. Widocznie wszystko stało się za sprawą tego oceanu kwiecia. To ono, kwiecie, rzuciło ją w objęcia tego, który był tuż obok. Odczuła na chwilę jakiś poryw, ujrzała sokoła zwisającego w błękicie, potem zaś swoim zwyczajem wyzwoliła się z tego wszystkiego.

Był pierwszym w jej życiu. I dlatego, odczuwając, że to ma swój koniec, że wraca do szeregu dni powszednich, że minął ten jeden jedyny w życiu dzień, który więcej się nie powtórzy, trochę sobie popłakała. Wkrótce o wszystkim zapomni i na to nie ma rady.

On zaś nie wyobrażał siebie bez niej. Jedynie duma nie pozwalała mu na to, żeby się upokorzyć. Przenikała go gorycz.

- Wszystko jednodniowe - powiedziała. - I cóż? Tak jest właśnie dobrze. Innych czytać nawet i nie należy, gdyż ich odpowiedzi dotyczą dnia wczorajszego.

- Jutro będą zapomniani.

- Znajdą się nowi.

Zapanował nad nim gniew.

- Przecież niedawno czytałaś dos Passosa - powiedział Iwar. - Czy on też tylko "wczorajszy"?

- Dopiero zacznę go czytać - uśmiechnęła się. - Dla mnie on - "dzisiejszy".

- A gdybyś wzięła Szekspira?

Poczuła się zakłopotana.

- Bzdura! - usłyszał wreszcie. - Wy, mężczyźni, jesteście logiczni w jakiś obrzydliwy sposób. A my żyjemy właśnie dniem dzisiejszym.

- Kto to "my"?

- No, chociażby ja. Niepotrzebnie tak się zapomniałam, że pozwoliłam zapanować nad sobą tej obcej mi rozpaczy. W nocy wszystko się wyolbrzymia.

Przez chwilę jej nienawidził.

- I potrafisz tak żyć?

- Zawsze tak żyłam. Tacy, jak ty, to zaborcy. A takie, jak ja, to... Jak się u was nazywają takie owady, które żyją tylko jeden dzień?

- Jętki jednodniówki?

- Brzydko... Efemeryda - to już ładniej. Jestem efemerydą! Nie wytrzymałabym, gdybym musiała nosić w sobie te wszystkie stulecia, które minęły i które nastąpią... A ty tego właśnie ode mnie żądasz... A mnie jest dobrze z tapczanem i elektryczną lampą stojącą przy nim! I nie chcę, żeby obok niego...

- Co takiego?

- Nie chcę ani pompejańskiego kaganka, ani lampy atomowej, którą na pewno kiedyś wymyślą. No, po prostu nie chcę!

Usiadł i zapalił papierosa.

- Cóż - smętnie się uśmiechnął - może istotnie należy żyć tylko dniem dzisiejszym. Formalnie wszystko w porządku. W istocie rzeczy to jednak licho wie co! To jakieś szyderstwo!

- Takie są kobiety.

- Kłamstwo! Jak w takiej sytuacji myśleć choćby o dzieciach?

- One też będą żyć tym, co dzisiaj. A w ogóle mam tego dość. Gdybym ciebie posłuchała, musiałabym tylko myśleć o przyszłych pokoleniach, o świętej przeszłości, o pracy dla wszystkich, o powrocie do rodzinnych stron. Za to jednak nikt nie płaci! Nikomu to nie jest potrzebne.

- Oczywiście! - przyznał Iwar. - Znam pewnego powieściopisarza poniżej przeciętnego poziomu. Także ma tapczan i lampę stojącą przy nim. A ponieważ w tych czasach nic nie wiadomo, co jest dobre w sztuce, a co złe; kto rzeczywiście zostanie mistrzem, a kto nie, więc u niego wiszą obrazy Juliusza von Klevera, nadwornego malarza jego cesarskiej mości... W swoich książkach nie występuje on, rzecz jasna, po stronie imperatora, ale w rzeczywistości to mieszczuch!

Kłótnia zamieniła się we wrogość. Rankiem Iwara skierowano do Sałotczy i dalej. Jeździł i jeździł, pragnąc zapomnieć o całym tym wydarzeniu. Niestety, nie potrafił.

...I oto znowu siedzieli na zboczu pagórka, przed nimi rozciągały się łęgi, nad którymi zanikała tęcza. Świeciła się tylko tuż przy ziemi jak kolorowe ognisko.

- Jutro wyjeżdżam! - było to jego drugie odezwanie się w czasie tych godzin.

- Dokąd? Hen, w jutro?

"Idiotyzm. Czyżby znowu dążyła do kłótni?"

Iwar spojrzał na nią z ukosa. Nika patrzyła na niego jak gdyby zdziwiona, świadczyły o tym uniesione łuki brwi. Ale to chyba była po prostu ironia?

- Hen, w jutro? Czy mam może coś od ciebie przekazać?

- Ja mam swoje jutro... Bez podarunków ojczystej Białorusi, bez fotonowych rakiet i bez artysty z Hałyniczów! Moje jutro nie interesuje się takimi abstrakcjami.

- No, cóż?! - powiedział Iwar. - To może na pożegnanie odbędziemy przynajmniej podróż do "wczoraj"?

- Sympatyczna propozycja.

Wyciągnął do niej rękę:

- W przyszłość wybrać się nie potrafię, ale w przeszłość... Wstawaj!

- I tak nie mamy co ze sobą począć, a więc chodźmy!

Szli przez jakiś czas brzegami, porośniętymi przez kępy drzew. Zeszli w dół, nad jedną z odnóg Oki. Za każdym zakrętem otwierały się wciąż inne, zielone krajobrazy... Za kolejnym zakrętem ujrzeli zielony drewniany domek, ukryty wśród drzew.

- Miejska przystań wodna... - powiedział informująco.

- To właśnie twoje "wczoraj"?

Iwar nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak lubią znęcać się nad innymi, ale postanowił twardo nie dać wytrącić się z równowagi.

- Sądząc z motorów w łódkach, to wczoraj ma dziesięć już lat!

...A właśnie chłopiec w trykotowej koszulce przenosił motor do łódki, ustawiał i, targając przez przynajmniej, dziesięć minut za łańcuch, usiłował go zapuścić. Był to motor jego własnej konstrukcji, więc oddał się temu jak najpoważniejszemu z obowiązków. Na brzegu zaś, aż po kostki nóg w piasku stała młoda kobieta w płóciennej niebieskiej sukienczynie, zgrabna, jasnowłosa i mówiła do swojego "marynarza":

- Nie łaź boso! Tam może być pełno tłuczonego szkła!

- Co mi tam! - odburknął marynarz o białych brwiach.

Kobieta żałowała, że oto mężczyzna jedzie na spotkanie nocy.

- Nawet nie zjadłeś, jak należy... A z twoim zdrowiem...

- Co ty, Masza, wygadujesz?! - marynarz był wyraźnie zgorszony.

I spoglądał jednocześnie na pasażerów, jakby prosząc ich na świadków: oto, proszę państwa, baba! Oczywiście, że jest mu przykro, ale cóż ma począć: lepiej babie się nie sprzeciwiać.

- I do Szatrów, Tolik, nie zaglądaj! Niech tego kuma czort weźmie!

- Do diabła z nim! - zgodził się Tolik.

- Otóż to! - I wydawało się, że kobieta zmuszała siebie do wiary, iż Tolik nie pójdzie do jakichś tam Szatrów, do kuma, którego nic prócz gorzałki nie interesuje.

Kiedy zaczęli za sobą zostawiać białe bruzdy, postać zaś kobieca zmalała, Iwar zapytał:

- Żona?

- A żona! - odparł marynarz. - Pobraliśmy się rok temu. Jak wróciłem z floty.

- Z Bałtyku?

- Nie, z Czarnego... I tutaj właśnie urządziłem się, bo przecie jakoś bliżej wody.

- Lęka się ona o ciebie!

- Wiadomo, baba! - ciepło orzekł marynarz.

- Sam pewnie ze Spaska?

- Od wieków.

- A co z twoim zdrowiem?

- At, przeziębiony trochę jestem. Tę naszą łódkę wywróciło, było to w lutym. Milę samemu przypłynąć, to drobiazg, ale we dwóch?!

- Z kimże to ty tak płynąłeś?

- Z kumem z Szatrów. Miał złamany obojczyk.

Oboje spojrzeli na marynarzyka z dużym zainteresowaniem. Ale on patrzył na słońce, odbijające się w zwierciadle Oki, był zupełnie zwyczajny.

- Co to te Szatry?

- A wieś koło Starego Riazania. Tam kiedyś takie... no... namioty stały...

- Batu-Chana?

- O, właśnie... tego Batyhi - powiedział marynarzyk, używając takiego właśnie imienia Batu-Chana, jakim go przezwali mieszkańcy tych stron lat temu osiemset.

Nika widocznie również o tym wiedziała, gdyż trwożnie uniosła łuki brwi.

Iwar usadowił ją jak najdalej od dziobu, żeby nie spadały na nią bryzgi, wydobył z podróżnej torby swoją kurtkę i narzucił na jej wąskie barki.

- Siedź spokojnie!

Kiedy odstawiał torbę, w niej coś brzękło. Zajrzał - butelka wódki, chleb i rybna konserwa. Przypomniał sobie, że chciał odwiedzić gajowego w Kniaziewie, ale zastał chatę zamkniętą i sam pojechał do Riazania, o tym zaś "skarbie" zupełnie zapomniał. Więc teraz oznajmił:

- Jedziemy jak na piknik!

- Jaki to piknik bez wódki - powiedział były marynarz i dodał: - Prawdę mówiąc, nawet jej nie trzeba, to trucizna!

Wiatr owiewał twarze, gdyż łódka po prostu mknęła przez wodę. Słońce chyliło się ku zachodowi, po całej połowie nieba jakby ktoś rozlał żurawinowy sok. Wydawało się, że Oka pełna jest nie wody, ale krwi.

- I tak było... - westchnął Tolik, jakby wyczuwając myśli Iwara.

I znów Iwar ujrzał spłoszone spojrzenie Niki.

Wyjechali na duże zwierciadło Oki. Od zachodu zbliżała się noc. Wysoki brzeg, do którego zmierzali, był ciemnokrwawy, ale gasł, jakby ziemia pochłaniała czerwień. W jarach pojawiały się ciemnoniebieskie cienie.

- Iwar!

- Co?

- Nie, nic takiego...

Coś ciemniało nad jednym z wąwozów. Była to, jak się okazało, zaniedbana cerkiew. Nie było jej za czasów Batu-Chana. Ludzie zbudowali ją znacznie później i to nie na miejscu spalanego miasta, ale za wałem, jakby obawiali się starego miejsca, które może zostało na wieki przeklęte. Zbudowali ją tutaj, ale nic dobrego z tego nie wyszło. Budowla jak gdyby zanikała w cieniu krwawych wałów - ot, osika pod rdzawą skałą!

Nad tą zaś ruiną wznosiło się coś jak płaskowzgórze, wyższe niż wszystkie zbocza i stromizny. Było takie mroczne, że aż zatrzepotały rzęsy Niki, jakby jej oczy ujrzały jakieś widmo.

Dzień już zgasł, gdy weszli do wąwozu, nawet nie zauważając wysokości nasypu, który tutaj był po prostu przedłużeniem brzegu. Spojrzeli z wysokości na złoto-niebieską rzekę, która spokojnie wchłaniała w swoje wiry nadciągającą noc.

...Przed nimi leżało coś potężnego, krągłego, granatowego i ziejącego pustką, gdzieś daleko zatrzymanego przez zarysy ciemnych i, jak się zdawało, niezbyt wysokich wałów.

Zeszli w dół i nagle zatrzymali się, opanowani przez milczenie, prawie przez trwogę.

Cała ta kotlina z jej bezkresem i ciszą, z niebieskimi cieniami, swoim odludziem przypominała księżycowy krater.

Prócz kamiennych słupów i leżących na zboczu, strzaskanych arkad, jak daleko sięgnąć wzrokiem, nie było niczego: ani kamieni, ani ruin, ani drzew.

Ciemność wciąż gęstniała. Na ultramarynie nieba pojawiła się zbłąkana gwiazdka. Ludzie zaś oddalali się od Oki, szli ku przeciwległemu brzegowi wygasłego krateru.

Wczesna rosa ziębiła nogi. Po obu stronach ścieżki nieruchomiało coś błękitnego. Iwar szedł na przedzie, przed obcym chłopakiem i przed nie mniej teraz obcą sobie dziewczyną, a serce jego przepełniały smutek i gorycz.

Był tu kiedyś duży gród. I oto pewnego razu pod jego mury podeszła orda obcych ludzi, przypominających olbrzymie mrówki, których nikt tutaj się nie spodziewał. Mknęli zagonami, było ich tak wielu, że nawet ludzie na wieżach poczuli ich obrzydliwą woń. Był to pot nie mytych od urodzenia ciał i woń baraniego łoju.

- Kra! Kra! Kra! - dobiegał znad częstokołu krzyk kruka.

Zniszczyli gród do ostatniego bierwiona. Ostatni jego obrońcy z małej drużyny Jeupacija Kałaurata ujrzeli popielisko i znieruchomieli ze zgrozy. Ileż to razy zdarzało się potem stawać słowiańskim chłopom w tej kotlinie i nie wiedzieć, po czym to popiół uniosła jakby trąba powietrzna? Może popioły zboża z sąsieków, a może i ludzkie?

I Kałaurat gonił Baty-Chana, niszczył tak jego zagony, że aż odrdzewiały miecze... Riazań zdobyli Mongołowie tylko dlatego, że przyciągnęli aż z Chin burzące machiny.

Użyli tych machin także przeciwko małej drużynie. A Baty-Chan patrzył na tych ludzi, rozgniecionych pudowymi kamieniami, i myślał z zazdrością:

"Gdybym ja miał takich, trzymałbym ich przy swoim sercu!"

Iwar czuł wyraźnie, iż byłby biedny i słaby - niczym ślepe kocię, zostawione w trawie - gdyby nie żył w jego żyłach, razem z trudem współczesnych zmagań, dzień klęski Riazania, przede wszystkim zaś dzień Krutahoria, gdy to jego, Iwara bracia, Białorusini ocalili przed Tatarami słowiańską i niesłowiańską północ.

Ciapinski, Wiaczka, Michał Kryczauski - wszyscy oni byli w nim. On zaś był tymi ludźmi, którzy przyjdą po nim. Co to jednak mogło obchodzić kobietę, która niechętnie, dlatego tylko, że nie było czym się zająć, bierze udział w tej "wycieczce"?

...Był ogień... Było popielisko... Teraz nie ma niczego. Księżycowy krater.

Błękitne rządki po obu stronach ścieżki, gdy się pochylił, okazały się ziemniakami.

- Ogródki działkowe - poinformował Tolik. - Ziemia niczyja, dopiero rok temu zaczęli ją uprawiać.

W bruzdach gdzieniegdzie bielało coś niewyraźnego, Iwar zeszedł ze ścieżki i nachylił się.

- Co tam? - spytała Nika.

- Piszczel - dziwnym, jakiego ona jeszcze nie słyszała, głosem odpowiedział Iwar. - Ludzka.

Była to istotnie kość goleniowa. Iwar uważnie wszedł na ścieżkę, przez jakiś czas panowało milczenie.

- Do diabła! - zawołał Iwar. - Co też oni sobie myśleli, ci wasi działkowicze?!

W jego głosie brzmiała teraz pogarda:

- Tak nie wolno... nie wo-o-olno... Oni ginęli pierwsi... I nie zmartwychwstali... Po mieście nie został ślad nawet... Ziemniaki... Jakby mało im, łajdakom, było innej ziemi... żeby oni zdechli z głodu!

- Oj, to prawda! - poświadczył Tolik. - Tak nie wypada. Ogród sobie zrobili na cmentarzu...

- Podłe to! Przecież tu wszędzie cmentarz. Nie wiadomo, co jest ziemią, co ludzkimi prochami. Szanujcie taką ziemię, dranie! Nie ruszajcie jej... Nie ruszajcie ich spoczynku!

Nie mógł się uspokoić i, jakby to pług wydobył z ziemi nie kości, lecz żywych ludzi, wciąż ciskał słowa, pełne oburzenia.

- Gdyby oni wiedzieli, że to krater tamtych ludzi... przecież dość jeszcze miejsca na ziemi... A tu potrzebny przede wszystkim pomnik, choćby taki zwyczajny, z betonu! Byłby całkiem na miejscu, choć tamci betonu nie znali...

- Tu dzieci trzeba przyprowadzać... - zauważył mrocznym głosem, jakby zawstydzony, Tolik.

Skończyły się zagony z ziemniakami, dalej błękitniały dziewicze trawy, sięgające powyżej kolan.

- Ty, chłopcze, zawiadom o tym sekretarza - powiedział Tolik.

- A żebyś wiedział! - odparł Iwar. - Nie wyjadę stąd, zanim się z nim nie zobaczę.

- Koniecznie pójdź, Iwarze - niespodziewanie, szeptem powiedziała Nika.

Wśród traw przyjemniej się oddychało. Może dlatego, że dywan przykrywał tamto wszystko, co tak bielało wśród kartoflisk.

Iwar jakiś czas szedł w milczeniu. Dopiero potem dotarł do niego sens słów dziewczyny, spojrzał na nią zdziwiony. Cóż, idzie tak, jak i przedtem. "Nadal dla niej nie istnieję."

Zbliżył się do wewnętrznego skłonu wałów.

- Jakie niewysokie - odezwała się Nika.

Weszli na wał i nagle jakby zastygli. Przed nimi otwierała się otchłań. Uładzony przez upływ czasu, przecież wał naraz się urywał i zionął taką straszliwą, szczególnie w ciemnościach, otchłanią, że aż mrówki przebiegły im po grzbiecie. W błękitnym mroku na prawo i w lewo, aż po horyzont, rozciągał się ten straszny, martwy, bezludny jar.

Dopiero teraz i tutaj ich serca odczuły to, co przestało istnieć. Uświadomili sobie wielki trud tych, co do ostatniego polegli, potęgę tego miasta, które zostało zburzone i nigdy potem się nie odrodziło.

Siedzieli długo w milczeniu, jar wyskakiwał niemal spod nóg, jakby chciał ogarnąć sobą całą ziemię.

W kraterze zaczęły w różnych miejscach budzić się mgły, przybierając kształt jakichś ruchomych słupów czy kolumn.

- Spójrzcie na te najwyższe - rzekł Iwar. - Gdzieś tam znajdował się może terem. Gdy młody kniaź pojechał jako poseł do ordy i nie wrócił - jego żona, Jeupraksieja, weszła na najwyższą wieżę teremu i z dzieckiem rzuciła się w przepaść, gdyż wiedziała, że nie da się miasta obronić.

Ów słup począł się rozwiewać, wiatr widocznie rozgarniał mgły.

- Jakie dziwne miejsce - powiedziała ona. - Zupełnie niespodziewany smutek. Ogarniający! Czy jeszcze gdzie może być coś takiego?

- Tylko u nas - oznajmił Iwar. - Druck...

- To bardzo ciekawe - odezwał się Tolik. - Czy może to być, żeby wszystko zupełnie znikło? Taka miłość? Zostało coś z tego czy nie zostało?

- Zostało! - oświadczył Iwar. - Zostało w ludziach.

Po drugiej stronie, za wąwozem, za pustym polem rodziło się jakieś niepewne światło. Pole było bezkresne. Bezkresne i puste. Trwożliwy poblask ogarniał je, jakby tam, za horyzontem wstawała łuna.

Nika poruszyła się - może trochę ze strachu, może z zimna.

I wtedy Iwar wydobył swoje "kniaziowskłe" zapasy.

- Napijemy się trucizny? - zapytał. - Urządzimy tutaj, Toliku, tryznę?

- Oj, trucizna! - odpowiedział były marynarz. - Ale napijmy się! Zobaczyć coś takiego i nie napić się?!

- Wypijemy! - powiedział Iwar. - Za pamięć tego narodu, który...

Marynarz wypił z zakrętki termosu i na skórkę chleba nabrał sobie rybnej konserwy.

- Biedni ludzie - ciągnął swoje rozważania. - Siali zboże, a plewy jedli. Jeździł na ich grzbietach każdy, komu się tylko zachciało. Jaka szkoda! A teraz leżą tutaj... oooch!

Pokręcił tylko głową, gdyż nie starczało mu słów.

Poblask wyraźniał, przeistaczał się w czerwień.

- Za pamięć starego kniazia - oznajmił Iwar. - Jaki był, taki był... I za Fiodora, którego zarąbano w ordzie...

- I za wnuka, który... z matki.... - szeptem powiedziała dziewczyna.

Iwar wypił. Milczało troje ludzi.

- Wiecie co - odezwał się Tolik - czy możecie na mnie poczekać jakieś pół godzinki!

- A bo co?

- Chcę do Szatrów, do kuma. To nie potrwa długo. Chcę go zaprosić na jutro. - I dodał z dumą: - Syn ma już dwa miesiące.

- Dobrze - powiedział Iwar. - Koniecznie trzeba go zaprosić...

Tolik ruszył zboczem wału, zniknął w ciemnościach.

- Krzepa! - powiedziała ona. - Żyje sobie wśród tych rumowisk, korzeniami rozsadza kamienie.

Iwar milczał. Nie bardzo go to poruszyło.

Poblask był coraz wyraźniejszy. Wkrótce wyjaśniło się, co było jego źródłem. Nad bezkresem pola wytoczył się skądś z daleka olbrzymi, jak tarcza, czerwony księżyc. Czerwony jak rana, zatrważający, jakby wieścił jakieś nieszczęście, wyjrzał od "tatarskiej" strony, oświetlał teraz całe pole, majestatycznie spoglądał na wał, na ludzi, na ziemię.

- "Lisy szczekają na czerwone tarcze" - powiedział Iwar.

- Czy tak było "wczoraj"?

- Nie, tak było wczoraj, jest dzisiaj i tak będzie jutro. Tak jest zawsze... Jesteśmy kość z kości... I Tolik. I jego syn. Jutro przyjdzie do nich kum, napiją się wódki... Ach, co tam! Będą wspominać, jak płynęli...

Księżyc tężał czerwienią, ale jakby tracił swoją złowieszczość. Może dlatego, że wszystko było i wszystko będzie... Boże, jacy oni leżeli kiedyś na tych polach: w kłębowisku, jeden drugiego chwytający za gardła... Z ich piersi wysterczały drzewca dzid... A Tolik ma jasnowłosą żonkę, jutro sobie podchmieli. Wszystko w porządku, tylko jego, Iwara życie, ma w dnie dziurę... Ale cóż, skoro nie można inaczej... Zgiń, przepadnij życie bez dobrych ludzi, którzy byli, są i będą, bez ich prawdy, bez szlachetności, bez walki o to wszystko. Inaczej nic, tylko się marnie zdechnie!

- Gdzieś ty? - zapytała Nika.

- Gdzieś tam... - odpowiedział.

Nad polem płynął jaskrawy księżyc.

- Zrozum - ciągnął Iwar - jestem zwykłym, prostym człowiekiem. Nie zostawię po sobie pamięci. Nie wierzę w Boga. I dlatego właśnie nie potrafię żyć inaczej, niż odczuwając całego siebie, niż czując się... cząstką wszystkiego, co było, co jest i będzie. Inaczej zmarnieję, przestanę istnieć. Podobnie jak dla ciebie tamci... w kraterze. A przecież gdyby nie oni, gdyby nie nasi białoruscy chłopcy w Kryczawie i pod Krutahoriem - cała ziemia stałaby się czymś takim.

Odwrócił głowę ku popielisku, zastygłemu w ciemnościach.

- A ja?

- Kocham ciebie... Ale cóż mi z tego jednego tylko dnia?! Gdybyś była ze mną na zawsze, jak ten cały świat, tę łęgi, te wały... jak Białoruś!

Po chwili milczenia dodał:

- Nawet, kiedy mnie nie stanie... Ale ty myślisz inaczej... Więc idź sobie...

Wypowiedziawszy wszystko, co mu tak ciążyło, poczuł się jakiś spokojniejszy: - Postaram się zapomnieć...

Siedziała, kryjąc kolana pod sukienką, obejmując je rękami. Całą ją - razem z kurtką, narzuconą na ramiona, razem z dużymi oczami i zsuniętymi brwiami - oblewała poświata od czerwonej tarczy, która czuwała nad ziemią, ta olbrzymia tarcza czerwona.

- Nalej! - poprosiła cicho.

- A za co wypijemy?

- Za kniaziową i jej syna.

Wypili resztę wódki. Iwar wstał, chwycił butelkę za szyjkę, jak chwyta się granat, stanął na skraju urwiska - ciemniał na tle czerwonej tarczy.

- Co robisz?

- To ku Tatarom - odkrzyknął z niezwykłą wesołością. - Trzymajcie się, diabły wędzone!

I, przechylając się, cisnął butelkę... Oświetlona poblaskiem, leciała nad wąwozem, długo wydawało się, że końca temu nie będzie. Przeleciała ponad wąwozem i upadła gdzieś daleko od nich, spadła na krwawe pole.

- Wstawaj, podaj mi rękę!

Patrzyła ku niemu pytającym, dziwnym w tych odblaskach wzrokiem.

- Usiądź! - powiedziała.

Głos brzmiał tak, że usłuchał.

- A więc oni minęli, nieprawdaż?

- A no.

- I my?... I ja przeminę, i wszyscy... Wszystko takie krótkie? Minęli, zostawiając kości wśród ziemniaków?

Iwar milczał.

- Iwar!

Milczał.

- Ja jeszcze wielu spraw nie rozumiem. Ale ja... nie mogę bez ciebie. Cóż ja bez ciebie znaczę? A ty... Ja, musisz to zrozumieć, widocznie jestem słaba... A ty, w tobie jest coś takiego... trwałego, silnego... Nie wiem, co to, ale ono przetrwa.

W jej głosie słyszało się drżenie.

- Ty mi o tym mówiłeś, ale ja nie zrozumiałam... Chyba bardzo ciebie skrzywdziłam... Ty dla mnie... jesteś jak pierwszy krok do tej twojej prawdy. Boję się zostać bez ciebie...

Iwar milczał. Nie wierzył jej po tym wszystkim, co zaszło.

- Ledwie odjechałeś i ja to pojęłam... Bądź taki dobry i nie zostawiaj mnie...

Wyciągnął do niej rękę, jeszcze nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje.

- Nagle poczułam, że bez ciebie nie mogę ani chwili...

Płacz nagły usłyszał jar, pusty krater, pole, nad którym płynęła dostojnie czerwona i groźna tarcza. Jej płacz był tak zaskakujący, że przytulił ją do siebie.

- Co ci jest?

- Byłam głupia... Nic nie rozumiałam... Jeśli potrafisz, wybacz mi, Iwarze.

Wolno płynęła nad nimi czerwona tarcza...




Źródło: Uładzimir Karatkiewicz. Błękit i złoto dnia. Łódź, Wydawnictwo Łódzkie, 1976.
Tłumaczenie: Jan Huszcza

Беларуская Палічка: http://knihi.com