Uładzimir Karatkievič

Drzewo wieczności

Czy nigdy nie zdarzyło się wam zazdrościć starożytnemu kniaziowi Dawidowi z poleskiego Gródka? Tamtego lata zazdrościliśmy mu jak Jagon weneckiemu Murzynowi, jak Salieri zazdrościł Mozartowi, jak... jak wszystkie niedorajdy zazdroszczą Człowiekowi!

My - czyli nasz kierowca, asystent operatora, operator (i reżyser w jednej osobie) Anatol Zabałocki, przyjaciel operatora (czyż można było zastawić niespodziewanego gościa w miasteczku i wyjechać?) i ja: scenarzysta tudzież kasjer, a także zaopatrzeniowiec, odpowiedzialny za ognisko, swój chłop, a w razie czego kompan do butelki et caetera, et caetera...

Czuliśmy się ludźmi całkowicie bezradnymi. Ileż to dni zmarnowaliśmy, żeby załatwić w studiu samochód, pieniądze, kierowcę, opony, malarię, cholerę. Kniaź ten to miał dobrze: wziął sobie ze skarbca trzy kopy groszy, kazał koniuszemu przyprowadzić konie, zwołał chrobrą drużynę i pojechał sobie przez Polesie, żywiąc się ubitymi turami i żubrami, czasem przemykał się jak szary wilk, kiedy indziej lecąc orłem pod obłokami, kierując się na Marienburg i Berlin, aby nieco potarmosić Krzyżaków. Udawało mu się to załatwić w kilkudziesięciu wypadach, aż w czasie ostatniego oddał swoją posiekaną mieczami duszę swojemu Bogu.

Co do nas, nie mieliśmy ani swoich koni, ani swego skarbca, w studiu zaś tak się zachowywano, jak gdyby to tylko nam potrzebny był film o sędziwych drzewach białoruskich.

Inne wyprawy były jakieś łatwiejsze, tym razem nacierpieliśmy się jak grzeszne dusze w piekle. Kiedy wreszcie wszystko było gotowe, okazało się, że nasz gazik spala tyle benzyny, ile pan Dubatouk wypija wina (z podobnym, mało widocznym rezultatem), opony nie łagodzą wstrząsów, płócienny zaś daszek ze względu na swoje dziury przypomina płaszcz świętego Marcina, ze względu na swoje właściwości przepuszczania wody - jest podobny do wszystkich tych płaszczów, które zdarzyło mi się kupować podczas mojej dwudziestoletniej samodzielności.

Na wszystko jednak było już za późno i jechaliśmy pokorni wobec przeznaczenia, licząc w głębi duszy na to, że jednak opony i nasze kamery zniosą lepiej leśne wykroty niż asfalt, że pośród jarów, między koleinami i wydmami gazik będzie miał mniejszy apetyt, że Pan Bóg nie spuści deszczu, że nie będziemy musieli popychać naszego konia ze wszystkimi przynależnościami ekspedycji z poleskiej głuszy do ośrodków dość względnej, ale jednak cywilizacji.

Spotkał nas jednak gorzki zawód. Wystarczy choćby wspomnieć o deszczu, który wprost siekł podczas dwunastogodzinnej jazdy powrotnej. Miałem ze sobą rękopis powieści (chłopcy, wracając do Mińska mieli mnie zostawić w moim Rohaczewie), przez całe dwanaście godzin siedziałem na rękopisie, chroniąc go całym swoim ciałem. Widocznie jednak przemokłem do ostatniej nitki, gdyż po przyjeździe okazało się, że rękopis nasiąkł nieco wilgocią.

Wczujcie się, potomkowie, w te nasze przygody, wspomnijcie nas dobrym słowem!

Nie będę opowiadał o całej naszej podróży. Chcę tylko usprawiedliwić się przed kierownikiem farmy hodowlanej, znajdującej się pod Paryczami. Z winy studia wyjechaliśmy późno, znaleźliśmy się nad brzegiem Biarozy w nocy i musiałem (tylko ze względu na ponure okoliczności) ukraść kilka polan, należących do farmy, żeby wydobyć choć trochę ciepła i w świetle nataszczyć chrustu, aby rozpalić jakie takie ognisko i jako tako przy nim przenocować.

Ale wy jeszcze nie wiecie, co właściwie było naszym zadaniem. Jechaliśmy w głąb Polesia, za Mozyrz i Lelczyce, żeby w pobliżu wsi Danilehi sfilmować słynny tysiącletni dąb królewski, albo inaczej dąb Krywaszapki. Mieliśmy już sześćsetletnie dęby, czterystuletnie jesiony, topole napoleońskie, dąb Mickiewicza, dęby Jagiełły - siedmiusetletnie. Koniecznie musieliśmy mieć i dąb tysiącletni. Bez niego film nie byłby filmem.

Jechaliśmy tedy na spotkanie stuleci!

Przeskoczyliśmy przez Prypeć, przeskoczyliśmy przez zaciszny, położony wśród wzgórz Mozyrz. Dzień zbliżał się ku końcowi, wymogłem na swoich, żebyśmy przenocowali nad brzegiem Prypeci. Nie wolno patrzeć na tę ziemię zmęczonymi oczami, ona taka samoswoja i przed nią jak przed poważną książką musi być prolog lub przynajmniej jakiś wstęp liryczny. Cóż może zastąpić Prypeć? Odjechaliśmy dość daleko od miasta, rozbiliśmy namiot i pojechaliśmy na poszukiwanie rybaków, by zdobyć coś do zjedzenia. Było zbyt późno, byśmy mogli łowić sami, Prypeć zaś nie lubi, by to robić na chybcika.

Gdybyśmy byli choć trochę rozsądniejsi, wiedzielibyśmy, że teraz nikt nie zajmuje się czymś tak niepoważnym jak łowienie ryb, gdyż za rzeką trwały sianokosy, gdyż koło szałasów śmiały się kobiety, gotujące wieczerzę, a chłopcy, po otarciu kos pęczkiem trawy, skaczą do rzeki, aby zmyć z siebie całodzienny pot i głośno, poprzez cypel, żartują z dziewczynami, nie szczędząc dwuznaczników.

Nie znaleźliśmy więc rybaków, za to znaleźliśmy kolegów. Jeszcze podczas jazdy przez ostępy, zrozumiałem, że dla pełni szczęścia brakuje nam spotkania z niedźwiedziem. Ale niedźwiedzie znajdowały się gdzieś dalej (z różnych opowiadań wynikało, że są i tutaj, spotykaliśmy ludzi, którzy niedawno je widzieli), za tymi miejscowościami, do których jechaliśmy.

I oto przyjechaliśmy na łąkę nad rzeką, ujrzeliśmy tam różne aparaty, samochód, ludzi i... wcale rosłe niedźwiedziątko. Ujrzeliśmy znajomy pysk. Młody operator rozkwitł przylaszczką, zaśmiał się do słońca, do białoruskich lasów, do Prypeci i do mnie. Przypomniało mi się pewne mieszkanie, w którym siedzieliśmy popijając wytrawne wino wśród skrzeczenia papug, a którego gospodarz podarował mi rękę egipskiej mumii.

Spałem tamtej nocy w internacie i przez całą noc z przyjemnością uświadamiałem sobie, że pod łóżkiem w walizce mam rękę mumii. Być może, rękę jakiejś egipskiej faraonówny. Rankiem zrozumiałem, że nie powinienem być egoistą i wspaniałomyślnie odstąpiłem tę rękę mojemu koledze, gdyż bardzo go ceniłem jako młodego utalentowanego operatora. Nie mogłem go krzywdzić, zatrzymując rękę mumii dla siebie. On zaś mi oświadczył, że jest zbyt młody, by coś takiego posiadać na własność, że jeszcze niczym jako młody utalentowany operator się nie wykazał (przedtem twierdził coś wręcz przeciwnego) i przekazał rękę mumii trzeciemu z naszych kolegów. Aż wreszcie wspólnie odnieśliśmy rękę z powrotem i oświadczyliśmy, że nasze zasługi wobec gościnnego domu i w ogóle nasze zalety nie zasługują na tak cenny dar.

Potem kupiłem nową walizkę, starą zaś wyniosłem i zostawiłem na ulicy, licząc na to, że komuś się przyda. To była naprawdę solidna walizka z dykty i niech jej Bóg da długie życie!

Czemu wspominam o mumii? A licho to wie! Chyba ot, tak sobie.

Niedźwiedziątko było zmęczone upałem i głodem, gdy tymczasem jego dubler ćpał aż mu szczęki się zmęczyły i nie wiedział, że jutro jego czeka ciężki los, ćpać zaś będzie ten pierwszy.

Niedźwiedziątkom w dni zdjęć nie dawano jeść do syta, bo jak się nażrą, to nie zechcą pracować. Zupełnie jak ludzie.

Nieborak zmęczył się w czasie pracy (było wiele powtórek) i właśnie nie chciał już niczego. W przerwie znalazł pod samochodem przykryty skrzynią lód, przewrócił ją i chciwie - bo to był przecie upał - zabrał się do dzieła: żarł ten lód jak dzieci lody, aż chrzęściło.

Odebrano mu lód. Szukał czegoś w zastępstwie, ale niczego nie znalazł, gdyż napoczętą butelkę miodu, którą chciał uznać za swoją, w porę mu odebrano. Chciał uciekać, ale właśnie wzięto go na postronek, więc tego, że jest kimś przynajmniej wewnętrznie wolnym, dowodził drepcząc w miejscu, przebierając wszystkimi czterema łapami.

O czym ty teraz wspominasz - biedny, krążący w klatce w Brzozowskim rezerwacie? O Prypeci? O lodzie? A może przypominasz sobie jak to - wymyty w wannie i do sucha wytarty spałeś pewnego razu na tapczanie u mnie w Mińsku, przykryty od stóp do głów wiejską dymką? Wznosiliśmy wtedy za ciebie toasty. A może myślisz o tym, że ludzie zniszczyli ci życie - wolny, nigdy ich nie szukałbyś; dorosły - nie wychodziłbyś z lasu, by prosić o cukier, a więc i nikogo byś nie przestraszył, nie trafiłbyś do klatki.

Kto to może wiedzieć, o czym ty myślisz - biedne, zniewolone przez ludzi stworzenie?!

Czy pamiętasz, jak wtedy nad Prypecią przewróciłem ciebie na grzbiet i łaskotałem w okrągły twój brzuch? Wspomnij mnie przyjaźnie, podobnie jak ja ciebie wspominam!

Po nocy, która rozpełzała się mgłą znad Prypeci i mlecznymi tumanami z wądołów, po opuszczeniu brzegów rzeki - najpierw pełnej wieczornej zorzy, a potem gwiazd, po ognisku, przy którym spaliśmy jak zabici - dobrze było jechać przez Polesie.

Dzień był taki piękny i słoneczny, że - bez lęku na tym odludziu przed kontrolą - opuściliśmy daszek, wyjęliśmy przeciwwietrzną szybę, zrzuciliśmy z siebie koszule i chciwie chłonęliśmy oczami dookolną urodę.

Całymi godzinami lasy i lasy, dumne ze swego wieku. Całymi godzinami ani samochodu, ani człowieka, ani wsi. Obok drogi czarne olchy, ale jakie - o obwodzie dla dwóch par rąk! Sosny i graby w objęciach nie do rozerwania, zarośla, dżungle młodniaku u stóp olbrzymów, rzeczułki, z trudem przeciskające się przez puszczę cicho, cichuteńko, aby nie zbudzić któregoś na poły martwego patriarchę, żeby ten przed śmiercią nie zechciał nagle upaść na rzeczną toń, przegrodzić ją i zmusić do chytrego, zawijasowatego kluczenia.

Na rzadko spotykanych polanach - bociany, brodzące nad brzegami ruczajów, dziczki podobne do dębów, które są jak zielone, sięgające połowy nieba, chmury.

Przodkowie kłaniali się dębom i dziczkom, wierząc, że przebywają w nich dumne dusze mężczyzn poleskich i łagodne dusze miejscowych kobiet, może najpiękniejszych na całej Białorusi. Potomkowie nie wierzą (a może podświadomie wierzą jednak pamięcią tysiącleci?) w leśnych bogów. Jednak i teraz unikają agresywności w stosunku do tych drzew, chyba że zachodzi bezwzględna konieczność albo też ktoś, nie znający zwyczajów tej ziemi, wydaje nakaz.

Zamiast tego, dbają o dziczki na polanach, na każdym dębie umieszczają barcie dla swojskich i dzikich pszczół. Czasem po trzy lub cztery na olbrzymich drzewach.

My je nazywamy barciami, przodkowie mówili o nich: świepiet. Miejscowi ludzie mówią "ślepiet", w tym słowie wyraźnie czuje się starożytne, prasłowiańskie "w", które jednak nigdzie nie zdążyło przejść w białoruskie niezgłoskotwórcze "u".

Ja jednak pod tymi dębami, dziczkami, kasztanami i grabami słyszę trzepoczącym sercem oddech moich praprzodków, zmienne, ale i odwieczne ich Słowo.

O, Polesie! Jesteś odwiecznym, nie kończącym się poematem. Każda twoja rzeczułka to senny recytatyw liry. Każde twoje uroczysko - uroczysty chór potężnych głosów. Każde twoje drzewo to Pieśń nad Pieśniami. Każda gałązka na wietrze - to linijka z wiersza. A każda barć wśród konarów - to oda do olbrzymiego nieba, które wieczór zasnuwa łagodnym i przejrzystym cieniem. Pod takim to niebem jechaliśmy w stulecia.

Na jakieś cztery kilometry przed Danilewiczami ujrzałem coś takiego, że aż sercu nie chciało się wierzyć, ale później ledwie nie wyskoczyło dzięki radosnej pewności, że jednak moje oczy mnie nie oszukały.

W poprzek steczki, która w miniaturze przypominała zarośniętą trawą drogę polną, leżał - po kozacku rozrzuciwszy ręce i nogi - mocny i krępy starzec, a nad nim błagająco stała stara.

Mimo iż gazik był przeładowany ekspedycyjnym sprzętem - natychmiast zdecydowałem się: "Tych trzeba zabrać". Gdyby zaszła taka potrzeba - wziąłbym do wozu jeszcze milion takich, jak oni, sam zaś szedłbym pieszo.

Stara była pierwszym pozdrowieniem od stuleci, ku którym jechaliśmy. Jak gdyby wynurzyła się ze średniowiecza w swoim od stóp do głów ludowym stroju. Może tylko brakowało zawicia, tak przypominającego turbany, co szczelnie muślinem opadają na plecy, zostawiając jedynie odkrytą twarz. Zamiast zawicia miała na głowie wzorzystą chustę z bogatymi wyszywaniami po brzegach. Piękną obszerną bluzkę zapełniały same wzory, wyszyte prawdopodobnie w ciągu długich, pracowitych miesięcy jakże wprawną ręką!

Zespolenie geometrycznego ornamentu z roślinnym było naturalne i doskonałe. Tego nie da się naumieć. Tego musiały uczyć tysiąclecia, mistrz zaś intuicyjnie, ale zaznaczając swoją indywidualność, powtarzał olbrzymie doświadczenie i smak milionów. Działo się to w podobny sposób, jak z twórcami pieśni ludowej, którzy na oczy nigdy żadnej nuty nie widzieli, a przecież przekazywali ją pokoleniom. Spróbujcie takich uczyć, skoro oni od dawna są już dojrzali. Spróbujcie im cokolwiek powiedzieć o fałszywie wziętej nucie, o zatartym dźwięku. Nauczycie ich! Oczywiście, można nawet z któregoś z nich zrobić dobrego śpiewaka, ale mistrza nie zyskacie. Nauczając, coś jednocześnie zniszczycie, gdyż wasze doświadczenie jest niczym wobec doświadczenia tych, którzy, nawet o tym nie wiedząc, od tysiąca lat "śpiewają sercem".

Tę śnieżnobiałą bluzkę, mieniącą się jak tęcza, opinał jedwabistogranatowy gorset, który kibić jeszcze i teraz - tak chyba będzie aż do śmierci - czynił wysmukłą.

Od spódnicy w różnobarwne prążki bił jakiś żar, budzący podziw połączeniem kolorów, stonowanych jednak ze względu na jej wiek. Potem ujrzałem młodych. Widziało się na nich jakieś dwa, trzy kolory, ale wyraziste, z mnóstwem odcieni. Całości dopełniały czoboty z kolorowej skóry. Nic nie kontrastowało ze strojem. Natychmiast zrozumiałem, że w obrazie tej starej, wśród tych lasów, pod tym białoruskim niebem, po raz pierwszy w moim dość przecież urozmaiconym życiu spotkałem czystą Harmonię.

Nie było jej we mnie, ale w tej właśnie starej, w jej odwieczności i w jej stroju w tym zacichłym lesie, na tej odludnej drożynie, w tym złocistym wieczornym niebie - była ona cała. Całkowita i doskonała, jak dotąd, po raz pierwszy w moim życiu - a może zarazem i po raz ostatni.

Jakoż ich umieściliśmy pośród naszego bagażu i, co najdziwniejsze, nasz gazik nie stał się dysonansem, jak gdyby pokornie podporządkował się dawnemu pięknu. Stara zaś mówiła, nie szczędząc gestykulacji i, właśnie jak sama Harmonia, brzmiał, przelewał się, dźwięczał jej śpiewny, poleski dialekt.

To był dzień świętych Piotra i Pawła. Stary, czyli jej mąż, wedle starej tradycji sobie podchmielił, a że świętych było dwóch więc podchmielił sobie podwójnie - mimo to, przebrał się i szedł do owczarni, gdzie był stróżem.

Chciano go zatrzymać, przekonywując, że jest lato i nie ma obawy przed wilkami, że nie tylko złodzieja, ale w ogóle w promieniu wielu wiorst ze świecą w ręku nie spotka się żywej duszy, ale stary się uparł.

A ona, wiedziona przeczuciem, zatrwożyła się, poszła i zobaczyła, że stary po kozacku leży w poprzek ścieżki i za nic nie chce wracać do chaty! "Na-piotro-pawłował się! Gdyby nie wy, gołąbki, nie wiadomo byłoby, co robić."

Pomyślałem sobie, że stara do końca życia nie przejrzała dobrze swojego małżonka, że nie jest taki znów pijany (prawdę mówiąc, później to udowodnił), ale po prostu nie chciało mu się do domu, gdzie nie odczepić się od kobiet, ni do farmy, do owiec. Wszystko było więc prostsze.

Czemu sobie tutaj nie zostać?! Ciepłe powietrze, ciepła ziemia, rodzinny las dookoła i czyste gwiazdy nad głową. Dobrze jest tak leżeć i marzyć i coś sobie cicho nucić. Nikt tędy nie pojedzie, nikt tędy nie pójdzie. To nie miasto, w którym porządnemu człowiekowi nawet dowoli poleżeć nie pozwolą pośrodku ulicy!

Dojechaliśmy do niedużej wioski, otoczonej lasem, wśród sadów, pod namiotami olbrzymich drzew, jak gdyby zatopionej w zielonym morzu, jakby zanurzonej w zieleni i żółtawym półmroku.

Wieczór był łagodny. Dawno osiadł pył po przejściu stada - a może go wcale nie było, może krowy również nocowały w lesie? Szare chaty z grubych bierwion aż na uszy nasunęły czapki strzech - może drzemały, może marzyły przy wtórze pieśni?

Pieśni rozlegały się powszędy. Nad bierwionami u chat, nad ławkami, nad przyzbami, nawet nad stawami. Wszędzie siedziały kobiety i dziewczęta, starzy i dzieci, wszyscy odświętnie ubrani na podobieństwo naszej starej. Rozmaitość strojów, barw i odcieni, rozmaite upodobania, wyrażone z rozmaitą umiejętnością. Dzięki temu jednak wieś przypominała bukiet, odbicie czerwonych blasków w wodzie. Wszyscy byli w strojach niemal takich samych, jak za Władzimira, jak za czasu wojen z Tatarami, jak wtedy, gdy w tych miejscach buszował płomień powstania, wznieconego przez Krywaszapkę.

A nie robiło to wrażenia staroświeckości i nie było śmieszne, gdyż jednak byli to ludzie dwudziestego wieku i wiele wiedzieli.

To tylko była jakaś wielkość.

Homer i pieśni liryczne nigdy się nie starzeją. Starzeją się liczne pieśni współczesne. Starzeją się filmy, podobne do oper w biały dzień pod czystym niebem, starzeją się i wzbudzają śmiech.

A TO było wielkością.

Oto w dwudziestym wieku wśród tych ludzi zabawnymi byliśmy właśnie my - w naszych miejskich, w dodatku znoszonych, roboczych ubraniach. Zresztą nowe także byłyby czymś poczwarnym. Harmonią byli tutaj oni. Doskonałością też byli oni. Staroświeckimi i zbytecznymi, właśnie z punktu widzenia dwudziestego wieku, byliśmy my. Byliśmy jakimś tutaj dysonansem.

Wśród tych ludzi przyjaciel Tolika, Rosjanin, wstydził się swojej literackiej rosyjskiej mowy, ja zaś swojej miejskiej, białoruskiej. Staraliśmy się jednak nie pokazywać tego po sobie. Rosjanin przeważnie ograniczał się do słuchania, ja zaś wdałem się w pogwarkę i żarty, starałem się pochwycić ich tutejszą intonację, udawać nieprzekazywalną muzykę ich powiastek. I o dziwo! To mi się udawało!

A może oni po prostu udawali tylko, ze względu na swoją odwieczną delikatność, że niczego nie zauważają, ale nie, chyba nie?!

Kiedyś już coś takiego mi się przydarzyło. Słuchałem, jak gra na żalejce wiejski pastuch, ładny i czysty jak gołąb, siwy dziad. Wtedy także był wieczór, słyszało się przeżuwanie krów. Wydawało mi się, że wszystko rozumiem, dziad zaś jak gdyby mnie przejrzał, wytarł żalejkę o rąbek koszuli i podał mi ją:

- Masz!

A ja, jakby to było całkiem oczywiste, wziąłem i... zagrałem. A to dlatego, że pojąłem, iż nie jest tu potrzebna wcześniej wymyślona melodia, że powinno przemówić serce. To ono ma kierować dmuchaniem i palcami rąk, reszta przyjdzie sama, bo ta muzyka to tylko akompaniament do wieczoru.

- Dobrze! - powiedział dziad. - Doszło do mnie.

Coś podobnego działo się i tutaj. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, śmialiśmy się, czekając na naszego dziada. Chcieliśmy, żeby jeszcze dzisiaj ktoś pokazał nam ów dąb. Jutro zaś pojechalibyśmy na zdjęcia, nikomu tym nie sprawiając kłopotu. I nasz dziad oświadczył się z gotowością. Ostrożnie, ze względu na starą wyraziliśmy powątpiewanie co do jego stanu. I wtedy się zaczęło! Dziad zmył nam głowy, każdemu detalicznie i hurtem! Oświadczył, że nikt lepiej niż on nie orientuje się, gdzie jest ten dąb, że tysiące razy w swoim długim życiu do niego chodził, bywał pod nim jeszcze jako dziecko, że nikt nam tak dobrze nie wskaże, gdzie mianowicie rośnie "tyszczu hadou" ów dąb. Wyraziliśmy zgodę i w pokorze na niego czekaliśmy.

A kobiety wciąż śpiewały. Patrzyłem na ich piękne twarze, na ich warkocze lniane lub czarne jak smoła (pośrednich kolorów nie było), na ich stroje i czułem się dobrze, jak rzadko kiedy. A to dlatego, że te gorsety i spódnice były zawsze takie, nie miały nic wspólnego z operowymi małpiszonami w łapciach. Świadczyły o tym ich spracowane ręce, które teraz spoczywały na spódnicach przez nie same wytkanych. Ręce, które wynosiły słano z błot i z polan umiały wykonywać tysiące różnych czynności. Ręce, które w trudzie zdobywały swój "chleb powszedni".

Po jakie licho byliśmy im potrzebni! Ich pieśni płynęły nad wsią ku złotym nawisom zachodu. Płynęły nad tą smętną, wieczorną, jak gdyby zapomnianą ziemią. Pieśni te budziły podziw. Mówiły o miłości, o koniku wronym i dalekiej drodze, o zdradzie i zazdrości, o tych dębach - o wszystkim, co było i zawsze będzie na ziemi.

Stary wyszedł z chaty jak odmłodzony. Odświeżona twarz, nawet nieco uroczysta w wyrazie. Biała, płócienna koszula z bogatą wyszywanką. Z powagą usiadł obok kierowcy i - żeby słyszały kobiety - władczo powiedział:

- Poganiaj!

I wtedy właśnie urodziwa i czarniawa mołodyca o śnieżystych zębach powiedziała:

- O, i masz ci! A ja tu życie przeżyłam, a tego dębu tak i nie widziałam!

Śmiały się jej oczy. Zaprosiłem ją, żeby pojechała z nami, ona zaś nawet przywstała, ale koleżanki siłą wciągnęły ją z powrotem, wołając, że to nie wypada jechać samej "z takimi", do nas zaś, żebyśmy prędzej ruszali.

Musiałem zadowolić się jedynie przezwiskiem "zerwiroga", spokojnie usiąść i bacznie wszystkiemu się przypatrywać.

Gazik z drogi skręcił w lewo, stary opowiadał coś o tym, ile ten dąb ma lat, na jakich patrzył ludzi i jakie widział wydarzenia. Brali w nich udział z jakiegoś powodu Szwedzi (było ich wyjątkowo dużo!), caryca Katarzyna, Francuzi (też w dużych ilościach) i własny dziada pradziad! Co jakiś czas przerywał te swoje ciekawe reminiscencje historyczne wołaniem:

- Poganiaj... aaaaaniaj!

...Było to miejsce nizinne, mgła, niby dusze przodków, czuwała nad dołami, pełnymi przezroczystej wody. Za dnia była ona prawdopodobnie w kolorze mahoniu, teraz czerniała jak smoła. Wyzierały dawne poręby porośnięte młodniakiem, maliną i jeżyniakiem. Z głębi strzępami wciąż wypełzała mgła. Było bezludnie i cicho, złoty i szafranowy zachód szeroką smugą dopalał się gdzieś właśnie za olbrzymami.

Gazik nasz w tej sytuacji sprawiał szczególne wrażenie, wyglądał jak maszyna czasu.

- Poganiaj!.. aaaaniaj!

Głusza, zostawiony w niej przez kogoś smutek. Jak gdyby i nigdy nie było książąt kijowskich, Wańki Krwawego, Piatruchy Męczyciela. Było tak, jakbyśmy to dopiero my przyszli pod ten chłodny zwis nieba, pod pierwszą gwiazdę na nim o krynicznej czystości, do złotego ikonostasu zachodu.

I znowu puszcza. Znowu olbrzymie pni puszczańskich bohaterów, za ich plecami płoną skrzydła setek ognistych ptaków. Płoną i dogasają w dymie ciszy.

Naraz ujrzałem: ponad wszystkimi drzewami, ponad światem wznosiła się niezbyt gęsta, ale potężna wierzchowina i kilka olbrzymich konarów. Wspaniały jak kolumna, wymagający wielu rąk, by go objąć tuż nad ziemią, wyprostowany, coraz cieńszy, im wyższy, doskonały w swoim potężnym kształcie, stał pośród lasu, wśród swoich synów, wnuków, prawnuków i dalekich potomków leśny ten kolos. Wydawało się, że liczy pięćdziesiąt albo i sześćdziesiąt metrów wysokości, gdyż wyrastał ponad wszystko na ziemi. Równo wyprostowany do samej niemal wierzchowiny, gładki jak marmur o korze (tak wydawało się w półmroku) niemal bez szurpatości, bez mchu i odrośli, tylko gdzieś w górze rozprzestrzeniał swoje łapska.

Był wieczysty, nieśmiertelny. Wydawało się, że od początku był niezmienny w swojej absolutnej urodzie. A jednak on wciąż rósł. Czy wy to rozumiecie? On jeszcze rósł!

Wyprowadzony z żołędzia podobnego kolosa, po którym już dawno śladu nie zostało. Ojciec jego żył zapewne w czasach Cezara i Spartakusa, Chrystusa i Nerona, Atylli i Katulla. Pewnego zaś razu zadumał się nad nieśmiertelnością i wiecznością i niespodziewanie strącił żołędź ze swojej gałęzi. Potem z tego żołędzia wyjrzał kiełek, przebił ziemię. Czekały na niego tysiące trudnych doświadczeń. Mógł go zadeptać człowiek lub jeleń, przecież tak ginęły tysiące dębowych maleństw!

Ale ten się ostał i jeszcze wciąż rośnie. Staliśmy przed nim w milczeniu. My - o mózgach pochłoniętych rozmaitymi sprawami, jętki - jednodniówki. A on stoi z głową zanurzoną w niebiosach. Rosnąc wspiera kryształową pierwszą gwiazdkę.

Kijów był całkiem młody. Połock był od niego nieco starszy. Nie było jednak Oslo, Berlina, Nowego Jorku, ani Rygi - nic z tego nie było. Nie było Francji, było tylko państwo frankońskie. On zaś już rósł.

Nie był zapewne mniejszy wtedy, gdy człowiek o przebiegłych oczach, lubiący sobie popuścić, w którego sercu żyła jednakże gorąca miłość do swojej ziemi białoruskiej, Krywaszapka, stał pod nim i wzywał do powstania białoruskich chłopów, swoich braci. Płonęły ogniska, ich odblask pełgał po ostrzach kos, po ostrych igłach wideł, zaglądał do oczu, czerniał na korze Drzewa Wieczności. Odblask ten pełgał gdzieś wysoko wśród jego gałęzistości, a wśród tych ludzi, bardzo to możliwe, znajdował się też przodek naszego dziada.

Nie jestem pewien, czy do drzewa przystaje nazwa cara-dębu. Myślę, że lepsza byłaby "dąb Krywaszapki", ale też nie jest ona całkiem odpowiednia. Żadne imię nie będzie właściwe dla tej szumiącej wieczności.

Był świadkiem całej naszej pisanej historii. Świadkiem końca ustroju rodowego, świadkiem pojawienia się kniaziów i wprowadzenia chrześcijaństwa, widział rozgromienie przez Białorusinów tatarskiej nawały, był świadkiem powstań w wieku siedemnastym i także świadkiem ostatniej wojny.

Nie daj tego, Boże, żeby stał się świadkiem wojny atomowej, świadkiem śmierci ludzkości i wraz z nią śmierci własnej! Tego nie może być. To nie powinno się wydarzyć. Rękojmią tego - mądre ludzkie oczy, czarne spracowane ręce i ostatnie poblaski zachodu w wierzchowinie Drzewa Wieczności.

Jeśli zaś zdarzyć się to nie może, to ten zdrowy, pełen jeszcze siły stary będzie żył ze trzysta lat. Do tego czasu jego sąsiedzi, najprawdopodobniej jego własne dzieci, znacznie młodsze, staną się podobnymi, on zaś wtedy będzie mógł sobie paść.

W tej dąbrowie nie powinna odzywać się siekiera. Składająca się z sześćset- i siedmiusetletnich dębów powinna zostać rezerwatem wielkości, uwierzytelnieniem tego, co może wydać nasza ziemia.

 

Wróciliśmy do dziadkowej chaty na wieczerzę. Czyste, bielone ściany, wyszywane ręczniki, które nadawały się jako eksponaty do muzeum, urocze pokrywy na ścianach i łóżkach, pstre chodniki. Bielusieńki piec z mnóstwem przybudówek jakby jakaś swoista piękna architektura. Dziwnie jakoś było spać pod tymi tęczowymi pokrywami, na tych wyszywanych poduszkach, na tych prześcieradłach obrzeżonych wyszywanką. Poprosiliśmy o pozwolenie pójścia na siano, po upartej walce uzyskaliśmy zgodę i byliśmy za to ukarani.

Tej nocy, podobnie jak kozaków czy szlachtę w pochodach, obskoczyły nas pchły. Nie czułem tego, ale opowiadali koledzy.

Zbudziłem się w nocy wypoczęty po krótkim, kamiennym śnie. Gdzieś niżej wzdychała krowa, słyszało się senny, nocny poszum leśny, także podobny do westchnień.

Zlazłem ze stogu, wyszedłem na podwórko, usiadłem na pniu i zapaliłem papierosa. Wciąż szumiał las, nad głową lśniły gwiazdy. Myśli wracały do tego, co ujrzałem. Tak, tej dąbrowy w żadnym wypadku nie wolno było skazywać na wyrąb. Potrzebne jest odpowiednie zarządzenie. Żadna korzyść gospodarza nie zastąpi tej wielkiej straty moralnej. Wyjątkowe drzewa, jakich, być może, nie ma w całej Europie. A już w takim nagromadzeniu to nie ma na pewno! Trzeba jej bronić, przyprowadzać tutaj cudzoziemców, żeby budzić ich podziw, przyprowadzić tutaj wszystkie dzieci, żeby ją zapamiętały, żeby na całe życie nabrały synowskiego szacunku dla ziemi, która dała życie jemu i innym kolosom.

Przed ranem zdrzemnąłem się na chwilę. Po prostu zwiesiłem głowę na piersi, kiedy ją znów uniosłem - lada moment powinno było ukazać się słońce, wesoło siniało niebo, świeży powiew był jak pocałunek ukochanej.

Obudziło mnie jakieś skrzeczenie. Sroki unikają w lecie wsi, ta jednak wieś niemal sama była lasem. I oto nade mną skrzeczała sroka, wesoło wpatrując się we mnie paciorkiem oka. Jakaś zabawna sroka bez ogona, przypominająca chochlę, ale bez trzonka.

Roześmiałem się i wstałem na spotkanie wschodu.

Potem znów pojechaliśmy pod dąb. Filmować go, niestety, było bardzo trudno. W gęstej cienistej dąbrowie nawet i słońce nie płoszyło pomrocza. Ziemia jak gdyby rozhuśtała setki kadzielnic. Dym mgieł pełzł ku wierzchowinom, jakby poganie składali tutaj ofiary.

Tolik żałował, że nie może wdrapać się na wierzchołek. Nie potrafił tego dokonać ten, który w drodze umiał robić zdjęcia - omal w takich okolicznościach nie zginęliśmy pod Szczorsami - wisząc na powrozie nad otchłanią, spod skrzydła samolotu. Potrafiłby może to robić i we wnętrzu wieloryba.

Jak można było wdrapać się po gładkiej kolumnie? W dodatku pod samą niemal wierzchowiną unosił się nad jedną małą dziuplą niby dym rój dzikich pszczół. Nikt tam nie mógł się znaleźć, stary opowiadał, że pamięta jeszcze obecność pszczół ze swego dzieciństwa.

Po co właściwie o tym pisać? Cóż - nie wolno jednak i milczeć?! W świetle dnia ujrzeliśmy, iż kora na wysokości człowieka jest pokryta drobnymi wyraźnymi literkami. Można by powiedzieć, że ktoś zostawił tu swoje ślady, aby jakoś przypisać się do wieczności.

Choć litery znajdowały się na korze i to bardzo grubej, przecież boli to pokiereszowane drzewo. Małpiszony! Napisy takie co prawda z czasem zanikają, ale pojawiają się nowe, szkodzą jednak temu żywemu ciału, mogą przeniknąć do jego drzewnych wnętrzności.

Bywali tutaj ludzie zewsząd, zostały ich nazwiska i zawody (wedle tego należałoby ich doprowadzić do milicji, żeby oberwali po łapskach i uderzono ich po kieszeni), nie mam jednak zamiaru dodatkowo uwieczniać ich także i na papierze. O jednym jednak napisie nie wolno mi nie wspominać. Na korze zostawił ślad swojej głupoty pewien X "w imieniu komsomolskiej organizacji homelskiego instytutu pedagogicznego" czyli w imieniu przyszłych siewców tego, co mądre i dobre.

Biedni chłopcy! Jaki ich spotkał pech! Niegłupi przecież, wybrali towarzysza X, by wystąpił w ich imieniu!

I tylko znacznie wyżej, dokąd nie sięgały ręce różnych takich iksów, pień świecił pierworodną kremową nieskazitelnością. Kremowa aż do białości - byłby taki cały, gdyby nie te małpy! Kilka lat temu Janka Bryl, Wałodzia Kaleśnik i ja odwiedziliśmy starożytny dąb w Worończy, związany z imieniem Adama Mickiewicza. Z drzewa-kolosu ziało okropnej wielkości dziuplą, w której mogłoby się pomieścić jakieś dwadzieścia osób. W otworze dziupli widziało się przeciwległą ścianę pnia. Wdrapałem się, wsunąłem głowę we wnętrze jak jakiś leśny duch. Przekonałem się, że kiedyś we wnętrzu tego wydrążenia jakiś barbarzyńca rozłożył ognisko, drzewo jednak ugasiło je własną krwią i stało dalej. Trzeba było kilku furmanek z cegłą i kilka worów cementu, żeby zaplombować dziurę, potrzebna była żelazna obręcz, żeby ująć konary, aby drzewo nie rozpadło się, aby mogło przetrwać jeszcze jakieś siedemset lat. Zdecydowaliśmy się napisać do zarządu komitetu ochrony przyrody. Po jakimś czasie Janka miał zaszczyt otrzymać list, w którym donoszono, że istotnie w pobliżu Worończy pod Nowogródkiem istnieje wielowiekowy dąb, związany z imieniem Mickiewicza, że w tym dębie istotnie znajduje się wydrążenie. W ten sposób mogliśmy sprawdzić tylko swoje własne doświadczenie!

Ślicznie dziękujemy!

Jest okazja ku temu, by przynajmniej teraz zawstydzić się, póki czas, ocalić trochę naszego narodowego honoru! I może uczynić to jak najprędzej? Jeszcze rok temu dąb Mickiewicza stał w Worończy. Czy nie będzie już za późno?

...Potem odjechaliśmy od naszego dębu i na wyrębisku zobaczyliśmy dąb... dwunożny. W żadnym miejscu nie było widać, że to zrosły się dwa drzewa. Po prostu po wyrębisku wlokło się samotne, przygarbione drzewo na dwóch nogach, jakby chciało i nie mogło uciec ze spustoszonego przez ludzi miejsca.

Dopóki chłopcy kręcili zdjęcia, nie wytrzymałem i znowu wróciłem do swego kolosa. Biały, stał w półmroku, o czymś przemyśliwał, ziemia zaś okadzała go zapachami.

Ach, jaka odwieczna, lecz dająca się odczuwać, otaczała go cisza! Stałem przed nim, rozmawiałem z nim w myślach, choć niewierzący, modliłem się do niego, prosząc o coś bardzo dla mnie drogiego. O co prosiłem w modlitwie, tego nie powiem.

Potem pojechaliśmy dalej. Znowu przez odludzie. Widzieliśmy dąb, strzaskany przez pioruny. Pioruny lubią dęby, lubią właśnie przede wszystkim zmagać się z nimi, bo to godny ich przeciwnik, prawie nie zdarza się, aby zawadzały o brzozy, które są płaczliwe, pokorne i ciche. Niechaj ciebie los chroni przed piorunami, Drzewo Wieczności!

Gazik pruł dalej. Często spoglądały na nas z traw wielkie dropie, przypominające strusie.

W pewnej chwili ugrzęźliśmy w kałuży. Ktoś poszedł po traktor, my zaś zdjęliśmy koszule i na oczach tubylców opalaliśmy się, udając, że tak właśnie trzeba.

Czarna jak smoła, rumiana i hoża mołodyca o wielkich oczach zawołała wesoło do mnie z sadu:

- Hej, który tam z gołymi plecami! Chodź tu pod jabłoń, opowiem bajkę!

Była taka czarnooka i piękna, że kiedy indziej dostarczyłbym tematu na długo dla swoich znajomych: zostałbym! Leżelibyśmy pod jabłonią, rozmawialibyśmy, śmialibyśmy się tym bardziej, iż mogę wam powiedzieć na ucho, że ze mnie także niezły bajarz. Ale tym razem tylko na tym się skończyło, gdyż wóz wytaszczono z kałuży, zapomniałem o wszystkim - zerwałem się i dopiero teraz o tym wspominam.

Dlatego, że byłem przejęty inną bajką, którą zostawiliśmy w puszczy.

Pod wieczór spadła straszliwa ulewa. Zrobiło się zupełnie ciemno. Wszystko zdawało się być ogarnięte przez nieprzenikniony deszcz. Srebrnoszary wchłaniał w siebie nawet najbliższe drzewa, pałaszował powietrze, siekł i spluwał potokami na ziemię.

Mijały godziny i kilometry, on zaś nie słabł. Atramentowy mrok kiereszowały błyskawice. Nad lasami bez kresu, nad całym Polesiem przechodziła niesamowita ulewa. Wóz ledwie się przez nią przebijał. Siedziałem jednak, snując swoje myśli o stuleciach, w których teraz zacząłem istnieć, do których teraz należałem. Byłem z nimi, z całą historią swego narodu związany dzięki temu Drzewu Wieczności. Czułem się związany z najpierwszym poetą tej ziemi, który może podobnie dotykał dłonią białej kory.

Lało, a ja przez cały czas miałem w świadomości, że on stoi gdzieś w głębi tych lasów, w mrocznej puszczy, w atramentowym omroczu, w tym nocnym, ogłuchłym i odwiecznym, jak stulecia, życiodajnym dla ziemi deszczu - mój, nasz dąb! Stoi, zmagając się z błyskawicami i piorunami, z ludzkimi siekierami i z samym Czasem i oto przychodzą doń ludzie prosząc go, żeby żył dla nich, jego przemijających synów, żeby wiecznie trwała ta moja ziemia, która wydaje bohaterów.

Stoi! Po nielicznych gałęziach, po jeszcze bardziej pociemniałej od wilgoci ciemnej korze spływają ołowiane strumienie deszczu. Dookoła noc. Później nadejdzie przecież poranek, na razie jednak jest noc.

Czułem się tak, jakbym na polu walki opuścił towarzysza, który nie mógł już iść ze mną. A nawet gorzej, towarzysza bowiem starałbym się z pola walki jakoś unieść lub z nim zostałbym. W tym wypadku nic nie można było uczynić. Dąb umarłby po zrobieniu pierwszego kroku... Nie mogłem z nim zostać... On zaś nie mógł żyć tam gdzie ja - wśród ulic i gruchotu torów, wśród rozmów, a także wśród oszczerstw - bez ożywczego powietrza, bez owych prostych ludzi, bez dziewiczej mowy poleskiej.

Bądź zawsze dla nas, ziemio ojczysta!

Tyś nie mogło pójść ze mną. Drzewo Wieczności! Ale i teraz, gdy mi bywa czasem ciężko, nagle, pozornie bez żadnego powodu, przypominam sobie, że gdzieś oto stoi, gdzieś szumi lub milczy milczeniem samych dziejów - ów skąpany w wiosennym świetle, zlany deszszem lub osypany nocnym śniegiem - stoi i czeka drugiego swojego tysiąclecia świadek całej naszej pisanej historii, wszystkich naszych uczynków i wszystkich Białorusinów, co przeszli po ziemi.

Stoi i rośnie wielki Dąb-Praojciec.




Źródło: Uładzimir Karatkiewicz. Błękit i złoto dnia. Łódź, Wydawnictwo Łódzkie, 1976.
Tłumaczenie: Jan Huszcza

Беларуская Палічка: http://knihi.com