Uładzimir Karatkievič

Latający Holender

I
II
III
IV


 

I

 

Poeta Lawon Kasaczeuski dowiedział się, że zdradza go narzeczona.

Miejscowość, do której uciekł, aby leczyć ranę w swoim sercu, była rybackim miasteczkiem łotewskim, małym jak zabawka. Gdy Kasaczeuski zbudził się rankiem, usłyszał jak deszcz szepcze wśród liści i zaśmiał się na myśl, że nie ma narzeczonej, że wszystko zostało poza nim i, być może, przyszła druga młodość.

Takie jednak uczucie przenikało go tylko w pierwszym dniu, potem wróciła tęsknota. Marzył o Anieli, o jej bezbronnych rękach, o wyzywająco przymrużonych oczach. Później i to mu przeszło. I tylko trawiasty zapach pierwszych astrów przypominał niekiedy minioną jesień, szczęście.

Całe miasteczko znajdowało się jak gdyby w mokrych sieciach, pachniało rybami i jodem. To jeszcze był odwieczny Bałtyk i jego brzeg, dotąd nie nawiedzany przez byle jakich natrętnych turystów. To byli rybacy o czerstwych twarzach, babcie o dużych poczerniałych rękach, białe dziewczyny.

I, oczywiście, wszędzie widziało się diuny - nadbałtyckie piramidy z chłodnego piasku, o ostrych wierzchołkach, nad którymi wieczorami rozwijała się również żółta i zimna wstążka wieczornej zorzy.

Właśnie niedawno Lawon otrzymał honorarium za swoją nową książkę i postanowił mieszkać tutaj - skromnie i oszczędnie - dopokąd starczy pieniędzy. Obrzydły mu kamienice miasta, brudna woda w rzece, kłótnie w redakcjach. Obrzydła mu także wieś, w której mieszkała jedyna jego siostra i gdzie był prawie tak samo szanowanym człowiekiem, jak Autuch Kupa, syn niejakiej Juchimichy, sierżant mińskiej milicji.

Unikał spotkań z ludźmi, którzy nie wiedzieli, że ten trzydziestoletni nieładny człowiek to znany poeta. Po prostu zauważano jedynie jego niezgrabną, mocno zbudowaną posturę, długie kroki, którymi przemierzał czyste uliczki miasteczka. Lubił tylko towarzystwo dzieci i starych rybaków, a i to nie zawsze.

Zazwyczaj zabierał ze sobą psa gospodyni, istotę ruchliwą i źle wychowaną, wychodził gdzieś na cały dzień daleko w pole albo na wydmy. Gdy wędrówka go zmęczyła, siadał na piasku i uczciwie dzielił się chlebem z psem, potem kładł się na wznak i obserwował chmury, pies zaś, po otrzymaniu tego, co mu się należało, zdradliwie go opuszczał i dokądś leciał, do swoich psich spraw.

Ciężko było Lawonowi... Aż do dwudziestego ósmego roku życia był czysty i opanowany, nie rozumiał kolegów, którzy zwyczajnie chodzili "na wieczór" do jednej, po tygodniu zaś do drugiej kobiety i utrzymywali, że to jest naturalne, że kobietom tego właśnie tylko trzeba. Był na sposób purytański, wbrew wszystkiemu, przekonany, że miłość oznacza coś zupełnie innego, niż to, co nią było wedle kolegów. Nie czynił im z tego zarzutów, wiedział, iż większość ludzi po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy - dla siebie jednak wybrał inny cel: albo wszystko, albo nic!

I teraz odczuwał w pełni to, co męczyło całą jego istotę. Po raz nie wiadomo który powracało pytanie, które od początku dni nawiedza wszystkich rozumnych, ale jednocześnie bardzo głupich mężczyzn: "Co ja w niej widziałem? Piękna, o skośnych oczach, przypominająca Egipcjankę - na ulicy ludzie za nią się oglądali. Czyżby tylko to?"

A jednak przez cały rok garnął się do niej, myślał tylko o niej, nie mógł bez niej żyć.

Jej koleżanki były do niej podobne. Banalny flirt, rozmowy o tym, jak to w Moskwie jakiś francuski artysta nakupował bielizny i zrobił w Paryżu swoistą wystawę ku radości różnych sytych rentierów. Z zachwytem powtarzali słowa jakiejś tam gwiazdy: "Jak więc u nich, przy takiej bieliźnie, rodzą się dzieci?!"

Kasaczeuski nigdy nie był ortodoksem, jednak aż kipiało w nim na myśl o ich zaślepieniu.

Przez kilka dni unikał Anieli, ale ona przyszła do niego i tak miło szczebiotała, miała takie niewinne oczy, że znowu go podbijała.

Pamiętał, jak pewnego razu, gdy już byli narzeczonymi, obchodzili urodziny jednej z jej koleżanek. Wieczór skończył się późno, willa znajdowała się daleko za miastem.

Pościelono im we wspólnym pokoju, oddzielając ich jedynie parawanem. Przy tym gospodyni (Kasaczeuski mógłby przysiąc) wymownie spojrzała na koleżankę, w jej oczach Lawon dostrzegł utajoną zachętę. Lawon, oczywiście, nie protestował, nie chciał w oczach gospodyni uchodzić za śmiesznego. Ale wszystko to było takie demonstracyjne i takie bezwstydne, że wyszedł na werandę i palił tam tak długo papierosy, dopóki wszyscy nie zasnęli.

W pokoju uważnie przyglądał się śpiącej. Napięta nawet w śnie twarz, otwarte usta (czyżby miała polipy?). Nic z dziennego uroku nie zostało w tej twarzy, a jednak nigdy przedtem tak Lawona nie ciągnęło do niej, nigdy też z nią nie znalazł się w takiej sytuacji. Jakieś opętanie?

Żal mu jednak było narzeczonej, zbyt dobrze pamiętał dwuznaczne spojrzenie gospodyni. Nie ruszył parawanu.

Cóż to więc takiego było? Wszystko - tylko nie miłość, która rozpadła się jak domek z kart pod pierwszym spojrzeniem bezczelnego natręta na miesiąc przed terminem ślubu. Zobaczył ich przypadkiem, gdy szli razem, mimo iż ona podczas ostatniego spotkania kłamała, wywijała się jak wąż. Najgorsze jednak było to, że on wiedział, wszystko wiedział, pogardzał nią, za grosz nie miał dla niej szacunku, a mimo to ciągnęło go do niej, tak ciągnęło, że mógłby wszystko wybaczyć.

Zrobiło mu się tak nieznośnie, że uciekł aż tutaj i tutaj trochę się odzyskał. I myślał po dawnemu. Spotka prawdziwą, jedną spośród wszystkich i odbierze ją nawet dziesięciu mężczyznom. Jeśli takiej nie spotka, nie potrzeba mu żadnej.

Lawon stopniowo przyzwyczaił się do życia w miasteczku. Było niewymyślne, jak kolejność dni i nocy, pracy i odpoczynku.

W nocy brał zazwyczaj łódkę gospodyni i, korzystając z bryzy, odpływał daleko od brzegu.

Wzdychało morze, dymiła lekka mgła. Włosy nasiąkały rosą. Bez lęku zasypiał na dnie łódki, wiedział, że morze będzie spokojne aż do jesiennych burz po zrównaniu dnia z nocą. Spał czujnie: jak gdyby zanikał na jakieś dziesięć minut, potem znów otwierał oczy. Huśtało łódką.

Gdy zaś sen wcale nie przychodził, Lawon recytował ulubione zwrotki:

 

Statek-widmo przez morza mknie,

Choć zgasło światło Aldebaranu

- W gwiazd posiewie, w rosie i mgle

Szlak jego wiedzie w dal oceanu...

Wanty śpiewają! Wanty śpiewają!

 

Nad morzem panowała cisza, płynęła błękitna, przezroczysta mgła.

W tym czasie Lawon szczególnie obawiał się spotkania z jakimkolwiek rodakiem-inteligentem. A jednak los nie oszczędził mu tego "szczęścia".

Kasaczeuski wstępował niekiedy do baru, aby wypić kufel miejscowego mocnego piwa. Starał się czynić to wtedy, gdy w barze było pusto. Zasiadał gdzieś w kąciku, przy samym wejściu w cieniu olbrzymiego filodendronu, za jego mięsistymi, dobrze ukrywającymi liśćmi.

Jak się okazało, ostrożność ta była wskazana, gdyż w miasteczku pojawiło się kilku rodaków. Mieszkali nie tutaj wprawdzie, ale w małym porcie, bazie motorówek, dosyć daleko na północ od mieściny, tylko czasami pojawiali się w niej, a więc i w barze. Lawon niektórych znał z wyglądu i nie bardzo ich lubił.

Jednym z nich był wysoki mężczyzna o przedwczesnej siwiźnie - znany reżyser. Drugi - mały, o zabawnie zmiętej twarzy - był nawet jego kolegą. To krytyk Morszcz, właściwie dla wszystkich po prostu Wincuk. Inni to prawdopodobnie aktorzy: dbałość o wyrazistość gestów, która poza sceną wydaje się czymś tak nienaturalnym, głosy o charakterystycznym brzmieniu. Po co tutaj się znaleźli, Lawon nie wiedział. Słyszał jednak o tym, że reżyser Hrabouski jest zawołanym żeglarzem, więc nie bardzo go to wszystko dziwiło. Więcej niepokoiła go wiadomość, że ktoś, prawdopodobnie reżyser, w czasie nieobecności Lawona, był w jego mieszkaniu. Przykre!

I oto tak się zdarzyło, że gdy pewnego wieczora Kasaczeuski wstąpił do baru, usłyszał rozmowę wesołej kompanii niemal tuż obok za filodendronem.

A rozmawiano właśnie o nim.

- Co się właściwie dzieje z tym Kasaczeuskim? - zapytał jeden z aktorów.

Reżyser wypracowanym gestem (a trzymał papierosa w wyciągniętych i na pół zgiętych palcach ogienkiem ku dłoni) strącił popiół:

- Właściwie to banalna historia. Nowicjusz w stosunkach z kobietami. Była to zwyczajna dziewczyna, nawet ją znałem. Owszem, ładna. Zbyt jej dokuczała sumienność narzeczonego, więc zdecydowała się przed ślubem sobie pofolgować.

Jakiś młody człowiek o modnej, rozwichrzonej czuprynie zarechotał.

Jeszcze jeden współbiesiadnik z rodzaju tych, jakich nazywają włochaczami, uśmiechnął się:

- Przestańcie, chłopcy, żartować. Choć to jest śmieszne, jednak człowieka spotkało nieszczęście... Mimo to, jakiż z niego szczeniak! "Nienawidząc ludzkości, spiesznie od niej uciekać..."

Krytyk Morszcz uśmiechnął się jedynie oczami.

- Najgłupsze jest to, że z całego Balmonta nasi krytycy znają tylko tę jedną linijkę. I żyją z tego kapitału aż do siwych włosów.

- Nie w tym rzecz, mój drogi - z pobłażliwą pogardą powiedział Hrabouski. - Może to i zabawne, ale ja instynktownie jakoś nie lubię tego człowieka. Wiem, że to poczciwy chłopiec, nawet niezły poeta, wiem, że nie dwulicowiec. Nie lubię go zaś dlatego, że w stosunku do mnie jest jakiś nieużyty. Był mi potrzebny - wiecie, w jakiej sprawie - był mi bardzo potrzebny. Potrzebowałem jego tekstów piosenek. Idę do niego, nie zastaję go. A na stole - choć się nie przyglądałem, to jednak samo rzucało się w oczy - Sagi o wikingach, Dzieje konungów norweskich, powieści Conrada. A na samym środku - Legendy mórz północnych. Skorzystałem z zaproszenia gospodyni, czekałem na niego ze dwadzieścia minut i, ma się rozumieć, zajrzałem do tej książki. Była otwarta na dziejach latającego Holendra. Komu te dzieje są potrzebne? Przecież on to powinien rozumieć. A tymczasem w jego życiu prywatnym... ach, damy i trubadurzy, ach, Harald Pięknowłosy! Moim skromnym zdaniem, człowiek-romantyk w naszych czasach to coś w rodzaju żywego mamuta.

Morszcz zdecydowanym ruchem odsunął szklankę z winem razem z serwetką. Z grymasem obrzydzenia sięgnął po cudzego papierosa.

- Głupstwa gadasz, stary! Człowiek - to jest wszystko! To jest zarówno kesonowanie, jak i obrzędowe pieśni pogańskie, filozofia współczesna i latający Holender, fizyka atomowa i wiersze goliardów. Wszystko jest na ziemi potrzebne, wszystko, człowiecze! A ty pleciesz bzdury! Spróbujcie odebrać dzieciom podania białoruskie, odebrać Pokaciłę, królową wężów, Jana Wspaniałego! A cóż z nich wyrośnie? Fachowcy bez wyobraźni. Choć nic o tym nie wiem, jestem przekonany, że Einstein czytał baśnie Andersena.

- Uwaga, uwaga - smętnie odezwał się reżyser - jesteśmy świadkami narodzin nowej serii artykułów!

- Tak jest, nowych artykułów - wybuchnął poczerwieniały Morszcz. - Macie mózgi z żeliwa, ot co! Ja także chętnie poszedłbym na diuny i słuchał morza, zamiast twoich żartów. Cóż, zmuście ludzi, żeby pisali powieści produkcyjne w rodzaju Szyn Piere'a Hampa. O jeszcze jedno nudziarstwo będzie więcej w literaturze.

- No, i ruszył z kopyta - machnął ręką reżyser. - Mój drogi, nie przerywaj ty człowiekowi, który jest od ciebie starszy o cały tydzień. Zrozum, niech sobie pisze co chce, ale niech też żyje tak, jak żyją ludzie. Patrzcie go, nie spodobała mu się zwyczajna dziewczyna.

- Nie zwyczajna dziewczyna, ale... powiedziałbym jaka, nie chcę jednak ciebie obrazić, bo takie są w twoim guście.

- Niech ci będzie, uspokój się, dziecinko. Nie należy oczekiwać od kobiet czegoś nadzwyczajnego: księżniczki z bajki, bogunki z samochodu, malarii z pląsawicą. Przecież sam nie potrafiłeś urządzić swojego zwykłego życia osobistego.

- To nie twoja sprawa - odciął się Morszcz. - Wiedz, że się modlę, abym trafił na prawdziwą księżniczkę. Do cholery ze ślubami z tego tylko powodu, że mężczyźnie obrzydły stołówki!

- Przesadzasz! - orzekł włochacz.

- No więc dobrze! Podsumowuję! Kobiecie jest smutno, gdy ma pustkę w sobie, mężczyzna zaś boi się pustki wokół samego siebie. Smutno, ciężko, chciałoby się, żeby ktoś współczuł. I oto zjawia się dziewczyna - dobra, prosta. Miłość. Pobrali się. Potem miłość albo się załamuje - wtedy rozwód - albo przeistacza się w przyzwyczajenie.

Morszcz przykrył oczy dłonią i pochylił głowę. Potem powiedział jakimś szczególnym, ciepłym głosem:

- Może to i lepiej, że człowiek, jedna z nielicznych istot, nie chce zadowolić się zwyczajnie żoną, ale czeka na prawdziwą miłość, która jest jak światło błyskawicy. Jeśli przychodzi, człowiek jest kimś najszczęśliwszym na ziemi, jeśli jej nie ma - to świat się wali.

Reżyser nie od razu przezwyciężył wrażenie, jakie na nim wywarły te słowa, dopiero po chwili powiedział z udaną kokieterią:

- Jesteś dziś pewnie trochę wstawiony... A ja nie potrafię z tobą się dogadać. Nie ma księżniczek z bajki. Bardzo mi przykro, ale jestem o tym przekonany: nie ma w świecie miłości. Fizjologia - owszem, rodzina - owszem... Ten twój Kasaczeuski to dureń, który szuka czarodziejek tam, gdzie ich nie ma. Czarodziejki dawno wymarły.

Przebijał się jednak przez jego słowa, mimo pijackiej zawadiackości, jakiś smętek i Morszcz to wyczuł. Więc powiedział prosząco, serdecznie:

- A może one istnieją, nie wymarły, tyle tylko, że ty ich nie zauważasz, gdyż jesteś krótkowidzem i nie umiesz szukać?!

- Nie wiem - mrocznie odburknął Hrabouski. - W każdym bądź razie ja ich nie widziałem.

- Cóż, on ma pewnie szczególne oczy, kiedy widzi piękno nawet tam, gdzie my niczego, oprócz gnoju, nie zauważamy. Pamiętasz jego Wiatraki? Krzyże nad równiną stopniał śnieg, wyjątkowo sucho jest koło stogu słomy, przy nim właśnie wita wiosnę stary koń. Świetne. Czy ty wiesz, że my sami jesteśmy winni, że zanika romantyzm: odzwyczailiśmy się widzieć piękno choćby w beczce z zieloną wodą, stojącej przy płocie, albo w złamanej wierzbie. Dawno nie mamy spojrzenia dziecka, nie oczekujemy od życia czegokolwiek niezwykłego. Tacy zaś jak on zawsze pozostają trochę dziećmi. On czeka, wierzy, a życie coś z tego spełni. Wiem przecież, że we wszystkim potrafi dopatrzeć się czegoś wyjątkowego. Okoliczności, które nas mogą tylko rozśmieszyć, u niego układają się to w bajkę, to w poezję. My zaś, starzy empirycy, zostaniemy durniami nawet z takiego punktu widzenia. Bo on nie ominie niczego, co jest wyjątkowe i piękne.

Hrabouski tak się skrzywił, jakby go bolały zęby.

- Ach, jakże chętnie zaopatrzyłbym go w czarodziejskie kalosze Andersena! Jakimiż durniami okazaliby się ci świeżo upieczeni romantycy, gdyby ich postawić twarzą w twarz z rzeczywistością, z powszednią rzeczywistością, trochę tylko po wierzchu kolorowaną. Jakże chętnie coś takiego zobaczyłbym!

- Dureń!

Kasaczeuski wymknął się, nie czekając na koniec rozmowy. Wstrętne to! Głupie, pijackie rozmówki i nic więcej. Zapamiętał tylko, że w ostatniej chwili w tamtym towarzystwie wybuchła jakaś kłótnia.

Wyszedł z miasteczka i skierował się ku diunom. Głupie to wszystko, głupie! Przecież on nigdy nie był romantykiem - ot, szukał czegoś niecodziennego, bez czego życie jest ciężkie, niemożliwe. Wściekał się szczególnie na to, iż Krabouski przeglądał książkę, która leżała otwarta na stole.

Nad zimnym morzem płynęła noc, przeciągały rzadkie pierzaste obłoki. Morze tak bogate jak ludzka dusza toczyło na piasek leniwe fale. O, morze, morze! To jednak nie tutaj na twoich ubogich brzegach, na które aż dotąd fale wyrzucają odłamki bursztynowego pałacu, to jednak nie na tych brzegach zrodziła się bajka, to pewnie nie tutaj jej miejsce? Ale przecież i tutaj musiały się pojawiać kohorty żołnierzy w miedzianych hełmach. Bo niby skąd mumie faraonów mają oczy z bursztynu, z twoich, morze, bursztynów? Leżałeś spokojnie, zielonoszkliste, rozszeptane drobnymi falami. We mgle płynęły po tobie statki hanzeatyckie, płynęły też do brzegów Gotlandii, do Rugii, na której jeszcze nie wystygły popioły chramów Światowida, galary białoruskiego kniazia Wiaczka.

 

Holendrzy perły rabują pudami,

Uginają się konie pod skarbami,

Przy złotych przęślicach ich żony siedzą,

A świnie ze srebrnych koryt tam jedzą!

 

Biegną bystronogie konie mórz, płyną po falach niezwykłe statki i okręty. Morze, morze! O świcie, kiedy mgła otula twoje wody, może nawet sam "Latający Holender", statek skazany na wieczną wędrówkę, mknie przez nie?! Wiatr wydyma różowe żagle, które stają się podobne do dziewiczych piersi. Pod masztem stoi kapitan, stoją znieruchomiali wachtowi. Raz do roku, gdy zawieje wiatr z nad lądu, ze statku spuszcza się szalupę. Kapitan przekazuje samotnemu rybakowi torbę z listami, które nie znajdą adresatów, gdyż dawno umarli. Ale widma nie ulegają czasowi. I znowu, i znowu, raz do roku, tęskniąc do lądu, marynarze wysyłają listy do ojców, którzy nie doczekali się swoich awanturniczych synów, do sióstr, które wypłakały swoje oczy, do narzeczonych o złocistych warkoczach.

 

II

 

Morze jest lustrzane. Znów to przychodzi, to znika bezgłośny sen. Noc powoli zaczęła się rozjaśniać, przedświtowa mgła smugami wisi nad morzem. Pobłyskuje szarym, perłowym błękitem. Płynie dokądś nad łodzią, kołysze się, pasemkami unosi do nieba.

Łódź także kołysze się. Pełno rosy we włosach. Sen skłania głowę ku burcie łodzi. W taki właśnie czas nadchodzą sny i zwidzenia.

I dlatego Kasaczeuski omal nie krzyknął, kiedy w pobliżu, ledwie widoczna za mgłami ujawniła się sylwetka statku. Kształtny, o pięknych zarysach, o trzech masztach, o rozpiętych żaglach na rejach, płynął powoli. Mogło się wydawać, że to tylko sen, ale przecież zostawały za nim, po obu jego burtach wzburzone fale, ledwie we mgle dostrzegalne.

Kasaczeuski, podobnie jak większość współcześników, był zupełnym profanem, jeśli chodzi o dawne statki, teraz jednak nawet on, przecierając oczy, krzyknął ze zdziwienia: statek z siedemnastego stulecia, wyzierający z mgły, szybki jak widmo, przepływał przed nim. Lawon, gdyby sam tego nie widział, za nic nikomu nie uwierzyłby. Własnym jednak oczom musiał wierzyć. Statek płynął tuż obok - piękny, zwrotny.

Jeszcze wydawało mu się, że śni. Nie! Wzdłuż burty, wsparci o pyzate balaski, połączone między sobą żelaznym łańcuchem, stali nieruchomi, niewyraźni we mgle marynarze.

Co to ma znaczyć? Czyżby pomieszało mu się w głowie albo też może naprawdę w połowie dwudziestego wieku pływają po morzach statki-widma? Nie, to jednak tylko sen.

Ledwie o tym pomyślał - gdy usłyszał spokojny, martwy głos, wydający rozkazy.

Kasaczeuski słyszał o tym, iż w holenderskiej mowie przeciąga się samogłoski. W dodatku czytał przecież Dyla Sowizdrzała, gdzie zdarzały się słowa holenderskie w oryginale. Ale teraz wcale o tym nie myślał. Po prostu czuł całym sobą, że to muszą być właśnie holenderskie słowa.

Do diabła! Jaki jednak głos, jak bardzo martwy głos!

I niemal w tej samej minucie posłyszał drugi głos - młodszy i żałosny w brzmieniu, o coś proszący. Tym razem wydało mu się, że mowa jest niemiecka, którą trochę znał. Dobiegały do niego nawet poszczególne słowa:

- Moja narzeczona... narzeczona... Czeka na mnie... Proszę się nade mną zlitować... To prawie tutaj, to tak blisko...

W odpowiedzi rozległ się znów ów martwy głos, niezrozumiałe słowa.

- Maria! Maria! - znowu było słychać żałosny, młody głos. - Maria!

Kasaczeuski poczuł, że włosy zaczynają mu stawać dęba. W młodzieńczym głosie czuło się tyle pragnienia, odwiecznej tęsknoty, że poeta uczuł, iż mrówki przebiegły mu po grzbiecie.

- Puśćcie go! - krzyknął schrypniętym głosem Kasaczeuski.

Coś właśnie przeleciało nad burtą i plasnęło o wodę, statek zaś zmienił swój kurs, zaczął stopniowo się oddalać, aż ostatecznie rozpłynął się w tumanie.

Tylko jeszcze gdzieś tam rozlegał się głos, błagający z taką żarliwością i jednocześnie beznadziejnością, że wydawało się, iż musi pociemnieć światło. To już było w jeszcze innej mowie. Tylko to:

- Mario! Mario! Tammuzie! Wielki Pan umarł!

Kasaczeuski uderzył w wiosła, żeby dopłynąć do miejsca, gdzie coś wpadło do wody. Znalazł się zupełnie blisko i ujrzał pękatą o dziwnym kształcie butelkę, która unosiła się na fali, połyskując mokrym szkłem.

Wyciągnął po nią rękę w przekonaniu, że butelka jednak rozpłynie się w powietrzu. Ale ręce poczuły jej materialny ciężar. Położył ją na dnie łodzi, sam zaś siedział przez dłuższy czas z zamkniętymi oczyma. Gdy wreszcie ponownie je otworzył, butelka znajdowała się na miejscu, przez szkło widziało się pożółkły zwitek papieru. Serce biło tak mocno, że Lawon oblał głowę wodą, jej krople wpadły mu za kołnierz. Potem począł machinalnie wiosłować ku brzegowi.

Dopiero wtedy, gdy zobaczył diuny, gdy mgła zaczęła się rozpełzać, Kasaczeuski wziął butelkę do ręki, zaczął oczyszczać jej szyjkę. Na jego dłoni znalazł się zwitek pożółkłego papieru. Ostre pismo gotyckie, które trudno było przeczytać.

"Anno Domini 1657. Boże, bądź litościwy dla dusz marynarzy! Ja, Christian Raabe, marynarz z przeklętego statku, błąkam się od niepamiętnych już czasów. Czemu nie słuchałem rodziców, czemu uciekłem na ukochane, straszliwe morze? przecie na mnie czekają w domu. Dni przebiegają nad nami jak minuty, lata - jak dni. Nie wiem, czy żyją jeszcze ci, których kochałem. Jeżeli ktoś wyłowi to moje ostatnie pozdrowienie, niechaj odniesie je do miasta na ulicę Józefitów, do domu przy starej wieży, na jego pierwsze piętro. Wybacz mi, siwa matko! Wybacz mi, Mario! Na próżno pielęgnowałaś swój ślubny mirt. Będziemy pływać, dopóki nie pochłonie nas morze, nie bez powodu bowiem nasz statek nazywa się "Latający Holender"...

Lawon stanął na brzegu zupełnie zdezorientowany. Co to wszystko ma znaczyć? Miraż? Ale trzyma przecież w ręku butelkę. Żart? Ale kogo stać na zainscenizowanie takiego właśnie żartu? Skąd wziął się ten stary, szybki jak pieśń, statek? Nie, to niemożliwe. Zostaje jedyne wytłumaczenie: zwariowałem i wszystko to napisałem sam w jakimś transie. Ale to także nie jest, prawdopodobne. Mój Boże, cóż to takiego się dzieje?

Jednego tylko był pewny. Cały ten wypadek jest dziwny, niezrozumiały, oznacza coś niebywałego. Jeśli do reszty nie chce zwariować, powinien udać się pod ten stary adres, sprawdzić czy zachował się ten stary dom. Po prostu, ze zwykłej ciekawości.

Co to jednak wszystko znaczy? Co?

 

III

 

Męczyły go te myśli przez cały czas, gdy całkiem współczesnym autobusem jechał do miasta. Nie przestawał o tym myśleć i wtedy, gdy na Starówce odnalazł ulicę Józefitów.

Było to rzeczywiście stare, omszałe miasto, zbudowane, jak wiadomo, jeszcze w czasach niemieckiego panowania. Okrągłe i graniaste wieże, mury, kręte uliczki. Samochody tutaj nie pojawiały się, gdyż przechodzień mógł ledwie rozminąć się z drugim przechodniem.

"Tam, do diabła, a może to wszystko jest rzeczywiście prawdą?" - przyszło naraz Kasaczeuskiemu do głowy.

Pozbył się jednak tej myśli, błądził po uliczce Józefitów jeszcze przez pół godziny, dopóki nie znalazł się przed Starą Wieżą czyli, jak ją nazywano, przed Wieżą Hermana.

Istotnie, tutaj uliczka się kończyła, przy samej zaś Wieży przycupnął domek jak najbardziej staroświecki. Małe, szare piętro z występem nad parterem, stromy lach, a czuwa nad nim spiczasta wieża - po prostu tylko to rysować!

Wyglądał Kasaczeuski chyba dość niezwykle, skoro jakiś młodzieniec w pstrym krawacie - gdy tylko na niego spojrzał - roześmiał się całą gębą. Ale Lawon prawie tego nie zauważył. Przeszedł na drugą stronę uliczki i wszedł do środka domu, by powoli wdrapywać się po krętych schodach: było ciemno, pachniało pleśnią.

Oto i piętro, nad podestem jedyne, obite zwyczajną ceratą, drzwi. Nie ma dzwonka. "Dobre i to" - pomyślał Kasaczeuski.

Zastukał do drzwi raz, potem drugi - nikt się nie odezwał. Nacisnął je - otworzyły się. Znalazł się w ciasnym, ciemnym przedpokoju, tylko promień światła dziennego przedostawał się przez otwarte drzwi. Chciał głośno zawołać, czy tu ktoś jest, gdy naraz usłyszał głos kobiecy i osłupiał z wrażenia.

 

Zacisną się wkoło mej szyi korale,

Ślubny wianek głowę mą biedną przygniecie.

Niczego ja nie chcę, skoro morskie fale

Statek pochłonęły i wy nie żyjecie!

 

W głosie słyszało się tęsknotę. Tyle w nim było młodej, silnej goryczy, tyle bólu, że Kasaczeuski poczuł ściskanie gardła.

 

Tak na zawsze skryły głębokie odmęty

Przede mną, nieszczęsną, i przed ich ojcami

Odwagę, sumienie i ów gniew zawzięty,

Co wiódł ich do walki z ojczyzny wrogami...

 

Głos pytał, wzywał. Czuło się w nim łzy. A potem gniew:

 

Gdzieżeś, ukochany? O, jak serce tęskni!

Gdybym w twe raz jeszcze oczy spojrzeć mogła,

W których czułość dla mnie, w których błysk zwycięski

Niby stal przerażał zawziętego wroga!

Kto je dziś pamięta? Boże, wielki Boże!

Oto wszystko płonie i naród nasz ginie...

 

W głosie było tyle tkliwości, że w oczach Kasaczeuskiego pojawiły się łzy. Cóż to mogło być? Baśń?

 

O, sercu tak bliska, miła mi ojczyzno,

Nie włożę na głowę mego z ruty wianka!

Jeśli nie ma jego, wezmę ślub z trucizną.

Żegnaj mi, ziemio! Jam jego kochanka!

 

Głos rwał się z przejęcia i bólu.

 

Jaki ból w mym ciele, lecz umrę bez skargi.

Pośpiesz się, kochany, przez wszystkich mórz fale,

By mnie pocałować w martwiejące wargi!

Koniec... To już koniec...

 

Głos zamierał. Jednocześnie rozległ się jakiś rumor, jak gdyby ktoś upadł. Zupełnie się zapominając, Kasaczeuski wtargnął do pokoju:

- Co wy tu robicie? Przestańcie!

W pokoju na podłodze leżała dziewczyna. Kasaczeuski nie zdążył nawet zauważyć, czy jest ładna, czy brzydka. Widział tylko jej strój: aksamitną wiśniową suknię dawnego kroju, utkany ze srebrnych nici "stateczek" wpleciony w długie warkocze.

Dziewczyna powoli podniosła się z podłogi.

- Cóż to takiego?

Nikt chyba nie wypowiedziałby tego w godniejszy sposób, przeto Kasaczeuski niewyraźnie zamamrotał:

- Proszę mi wybaczyć, pukałem, ale pani mi nie odpowiedziała. Potem zaś usłyszałem... więc czym prędzej rzuciłem się...

- Kiedy j a wcale nie mam zamiaru umierać.

Kasaczeuski wolałby zapaść się pod ziemię. Poczuł się niezgrabny, olbrzymi, przestępował z nogi na nogę. Kosmyki jasnych, słomianych włosów opadały na oczy błękitne jak niebo.

- Proszę mi wybaczyć, ale ja naprawdę nie wiem, w jakim znalazłem się stuleciu?!

Zamiast słów, usłyszał tę pełną goryczy strofę:

 

Dom ten opuścić racz, dostojny mój panie!

Tam konie czekają, rozsyła się wici -

A tutaj żałoba i łzy, choć świtanie,

Żałoba i smutek po tych, co zabici.

 

Lawon, nie zauważając dziwnego ogienka w jej oczach, zmieszany ukłonił się i zaczął tyłem się wycofywać.

- Jjj-uż dobrze. To ja sobie... pójdę. Proszę o wybaczenie. Przeszkodziłem... zamiarom...

Usłyszał głośny śmiech.

- Proszę zaczekać, dokąd pan? Skoro już pan tutaj się znalazł, to proszę mi wyjaśnić, w jakim celu?

Teraz nie wytrzymał Kasaczeuski:

- Słuchajcie, kiedyż wreszcie przestaniecie mnie ogłupiać? Co się tutaj, prawdę mówiąc, dzieje? Czy to wszyscy zwariowali, czy też tylko ja? Gdzie ja w rzeczywistości się znajduję?

Spoważniała.

- Oczywiście, że w ...tym stuleciu. Słyszy pan, jak konie grzmią kopytami? Proszę zauważyć, że w tym pokoju jest tylko jeden żyrandol, ale tam za ścianą znajduje się olbrzymia sala, wszędzie wiszą zbroje... A mojego narzeczonego pochłonęło morze!

Kasaczeuski przymrużył oczy, potrząsnął głową.

- Kim pani jest? Marią?

- Właśnie. Po co jednak zawitał tutaj błędny rycerz? Jestem rzeczywiście Marią.

- A więc to dla pani - powiedział Lawon, ostatecznie rezygnując z wysiłku zrozumienia czegokolwiek.

Wzięła list i zaczęła czytać. Oczy jej zrobiły się okrągłe.

- Niestety. Słabo znam niemiecki. Skąd pan to ma? Może ja to wszystko niewłaściwie zrozumiałam?

Kasaczeuski zaczął tłumaczyć treść listu.

- Skąd on się wziął? Co to wszystko znaczy?

- Właśnie dzisiaj otrzymałem ten list bezpośrednio z "Latającego Holendra", byłem wtedy na morzu.

Teraz dla odmiany kobieta całkiem osłupiała.

- Cóż to, jakieś żarty? Czy to możliwe?

- Ni mniej, ni więcej, tylko oto w śródmieściu współczesnego miasta spotkałem widmo, liczące niemal trzysta lat, w dodatku żywe widmo.

Zamyśliła się, po czym powiedziała po cichu:

- Tak, to jest istotnie coś dziwnego. To jak... los. A jednak to jest tylko jakieś nieporozumienie.

Kasaczeuski dopiero teraz zaczął przyglądać się jej twarzy. Regularny nos, wyraziste usta o wargach skłonnych do uśmiechu, w dużych szarych oczach wesołe diabliki iskierek. Długie rzęsy, łukowate, naturalne jednak brwi. Dumnie osadzona głowa. Widać, że dziewczyna z charakterem. Dziwi tylko to, że ta twarz jest jakaś bardzo znajoma, zna też te piękne ręce.

- Ja gdzieś panią musiałem widzieć. Jestem przekonany, żeśmy się gdzieś poznali.

- Oczywiście! W jakimś innym życiu...

Kasaczeuski poczuł się dotknięty. On też odznaczał się swoistym charakterem, mimo iż jego twarz była wiejska, nie wzbudzająca zainteresowania.

Być może, że to właśnie spowodowało ciąg dalszy. Choć czuła, że żart przekroczył wszelkie granice, powiedziała:

- Przecież pan walczył o mnie w turnieju.

- Och, jaki ja jednak miałem zły gust! - zawołał z wściekłością.

- Ho, ho! To zaczyna być ciekawe. - Skłoniła głowę i raptem powiedziała po prostu i szczerze: - Proszę pana, skoro tak się już zdarzyło, to niech się pan rozgości, bardzo chciałabym wyjaśnić wszystko do końca. Zaparzę herbatę.

Zmęczony Kasaczeuski usiadł na krześle przy stole, ona zaś wyszła. Szczególna osoba! Co chwila inne usposobienie, co chwila inny człowiek. Głupio jest siedzieć tutaj i po takim preludium popijać herbatę, ale jednak ciekawe, czym to wszystko się skończy?

Przy herbacie gospodyni spokojnym i ufnym tonem zapytała:

- Co właściwie się zdarzyło? Proszę szczegółowo o tym mi opowiedzieć...

Lawon niczego nie zataił.

- I pan od razu udał się tutaj? - spojrzała na niego z takim zainteresowaniem, jak gdyby dopiero teraz go ujrzła.

- A co zrobiłaby pani na moim miejscu?

Zamyśliła się, pocierając palcami skronie.

- Także poszłabym. Natychmiast. Coś takiego może przydarzyć się tylko raz w życiu... Ale nikt więcej nie poszedłby. To przecież coś niezwykłego. By tak postąpić, trzeba bardzo wierzyć w życie, w to, że ono nie oszuka.

Budziła coraz większe zainteresowanie.

- Kim pani właściwie jest?

- Marią! - odrzekła, śląc ku niemu przeciągłe spojrzenie. - Naprawdę Marią. Szkoda tylko, że nie tamtą. Jestem aktorką, nazywam się Maria Jakubowicz. Pan chyba rzadko bywa w teatrze?

- Ach, to ja panią znam ze sceny. Nie przypuszczałem jednak, że pani przebywa właśnie tutaj.

- To proste. Widocznie pan nie wie o tym, że Czarada napisał nową sztukę. Historyczną.

- Byłem w tym roku bardzo zajęty swoimi sprawami, choć coś o tym słyszałem. Nazywa się bodaj że Płonie kraina.

- Właśnie. Czasy po powstaniu Waszczyły. Znakomita rzecz. Jak długo pan jest tutaj?

- Prawie trzy miesiące.

- No to i pan też wiedzieć o tym nie może. Postanowiono wedle tej sztuki zrobić film. Połowa scen rozgrywa się właśnie tutaj, nad brzegami Bałtyku, dokąd ucieka bohater. Przywozi morzem broń... Pomagają mu w tym prości ludzie. Potem on sam znika na dłuższy czas. Jego narzeczoną zmuszają, by wyszła za mąż za kogo innego, więc ta się truje. Tę właśnie scenę przypadkiem pan usłyszał.

- Przepraszam, czy scenariusz został napisany wierszem?

- Ależ skąd! Dotąd nikt nie chciał wystawić sztuki. Ja jednak mam zwyczaj czytać wszystko, co dotyczy bohatera. Dokumenty, wspomnienia, utwory o nim. I dlatego nauczyłam się całej roli. Uważam, że tak jest lepiej. A poza tym jestem przekonana, że gdy film wejdzie na ekrany, to nasz teatr zainteresuje się sztuką. Połapią się...

- Myślę, że to wypadnie wprost znakomicie - szczerze zawołał Kasaczeuski. - Rola w sam raz dla pani. Będzie świetne przedstawienie.

Spojrzała na niego podejrzliwie, on zaś szczerze się roześmiał.

- A ja... a ja... jakiż ze mnie dureń, omal nie uwierzyłem w coś niemożliwego! No bo przecież... skoro przekazują listy z "Latającego Holendra", skoro zachował się ten dom obok starej wieży - to niby dlaczego nie mógłby mieszkać w nim cień minionego, który przetrwał trzy stulecia i właśnie chce się otruć?

Spoważniała.

- Nie należy z tego się śmiać. Gdybym nie przekonała się, że pan w to wszystko choć przez minutę wierzy, wyprosiłabym natychmiast za drzwi. Może pan jest w rzeczywistości inny, ale dzięki tej chwili wiele można panu wybaczyć.

- Pani ma rację - niezupełnie poważnie powiedział Lawon. - Skąd jednak ów statek?

- Nic w tym nadzwyczajnego. Kiedy jechaliśmy tutaj, wiele mówiono o tym, że konieczny jest statek. Prawdopodobnie znaleźli gdzieś coś wysłużonego, odremontowali, ucharakteryzowali na coś dawnego - i tak to wszystko się odbyło.

Lawon surowym głosem:

- A więc to był czyjś żart. Głupi żart, niegodny autentycznych ludzi. Ja, oczywiście, niezupełnie uwierzyłem, jednak...

- Jednak w głębi pańskiej duszy żyła jakaś wiara. To dobrze.

- To dla mnie kara - powiedział Lawon. - Za bardzo zamknąłem się w sobie. Diuny, morze, zachody słońca, książki. W walce z realnością życia usunąłem się na stronę i oberwałem po głowie... Źle mi, czuję się pokrzywdzony...

Oburzyła się.

- Proszę mi wybaczyć, ale to bzdura. Wszystko odbyło się tak, jak trzeba. Przez chwilę uwierzyliśmy, że baśni nie usypuje się z piasku. Jak panu nie wstyd narzekać na życie? Mnie bywa ciężej: chyba nie ma na świecie bardziej prozaicznych ludzi, niż aktorzy. To są realiści aż do szpiku kości, gdyż pałac księżniczki to dla nich po prostu płótno, odpowiednio zachlapane farbą. To są dobrzy ludzie, trudno jednak z nimi wytrzymać - trzeba wszystko ukrywać w duszy i udawać kocicę.

Lawonowi zrobiło się przykro. Ujawnił się jako ktoś mniej odporny niż ta dziewczyna. Powiedział zwyczajnie:

- Naczytałem się starych ballad. Są przecież czarujące. I oto zdarzyło się tak, jak w którejś z nich:

 

Statek przez morza mknie w czarodziejskim śnie,

Od trzystu lat nie mamy spokoju.

Niechaj dziewczyna nie czeka na mnie,

Niech mirt zasuszy, który czeka mnie -

My nie wrócimy nigdy do domu...

 

- Żyłem tą legendą i właśnie...

Maria uśmiechnęła się:

- Dzięki Bogu, że tak się stało. Trochę nastroju i legendy, to dobrze, choć cała ta legenda w naszych czasach, to coś zabawnego tylko. No, bo proszę sobie wyobrazić, że pan znajduje trzechsetletnią dziewczynę, a ja ujrzałam marynarza w zardzewiałym pancerzu. Przecież miałby chroniczny katar, trudno bowiem przeżyć trzysta lat we mgle na pokładzie statku i nie ulec tej obrzydliwej chorobie. Na pewno zwróciłby się do mnie w taki jakiś sposób: "Prze Bóg, otemknijcie, panno, to ja niezbożny junosza!"

Chwilę milczała.

- Niestety, legendy w naszych czasach nie powstają. Ale, żebyśmy nie stali się do reszty nieczuli, żebyśmy się nie stali ludźmi, którzy tylko myślą o pieniądzach, powinna ona znajdować się po trochu we wszystkim: w kawałku chleba, w marzeniu grubasa, który siedzi zagapiony w spławik, w metalu pod młotem, nawet w tym, że człowiek niekiedy biegnie ku leśnej przesiece, aby rozłożyć ognisko, jak to działo się wtedy, gdy dużo było podań, a mało chleba.

- I nawet, żeby była w tym człowieku, który wtargnął do cudzego mieszkania i zanudza jego mieszkańców, co wcale nie myślą o truciźnie.

- I nawet w tym człowieku - orzekła spokojnie.

- I tak jest bardzo dobrze - ucieszył się Kasaczeuski.

Obojgu zrobiło się lekko i wesoło, jakby różne troski odeszły w przeszłość.

- Niech pan pije herbatę - przypomniała. - Całkiem wystygnie... A jednak to bardzo głupi żart. W taki sposób można zabić w człowieku to, co jest w nim szlachetne.

- To nie jest takie łatwe - z przekonaniem odparł Kasaczeuski.

- Żart zaplanowany dokładnie i w sposób... szczególnie złośliwy. O, są u nas wielcy od tego specjaliści! Dlatego tak ich nie cierpię. Nie znoszę błazeństwa i wulgarności. Powierzchowna elegancja, zadbany wygląd - tfu!

- Zostawmy to, Mario Siargiejeuna - uspokajająco poprosił Lawon. - Ja tam nie mam do nich żalu. Bierz ich licho! Nawet jestem zadowolony. Gorzej byłoby, gdyby wystawili mnie na pośmiewisko wielu ludzi, przed którymi wręczyłbym list pierwszej lepszej Marii, a potem odwieźliby do szpitala psychiatrycznego.

- Pan nie wszystko zrozumiał - odparła Maria. - Ten żart jest jak kij o dwóch końcach. Nie dali panu pierwszego lepszego adresu, ale właśnie mój. Chcieli uderzyć nie tylko w pana, ale i we mnie, bo ja zawsze wykpiwam sentymentalizm, uchodzę za osobę szorstką i ostrą, co to nie należy do rodzaju kotek, które wystarczy pogłaskać, żeby słodko mruczały.

- Inaczej mówiąc, pani po prostu nie chce wśród nich za taką uchodzić - zauważył Kasaczeuski.

Nie uchylała się:

- Owszem, ja zwyczajnie tym się brzydzę. Te ręce osiągną wszystko bez czyjejkolwiek pomocy.

- To tym rękom będzie bardzo trudno - uzupełnił Kasaczeuski.

- Za to będzie lekko na sercu. A co do rąk, cóż? Są zdrowe, chłopskie. To głupie przymykać na wszystko oczy. I dlatego tak się zachowuję: niezła aktorka i trudny człowiek. Reżyser Hrabouski na ogół ma mnie za chłopkę, za pomiotło w sukience... od czasu pewnego wydarzenia.

Dodała z naciskiem:

- To pociągający i przekonywujący podrywacz.

Kasaczeuski jakoś zawsze stawał w obronie nawet nie lubianych przez siebie ludzi.

- Co tam! Nie taki on znowuż zły chłop, jak to o nim mówią.

- To też prawda. Nie dlatego go nie lubię, że jest złym człowiekiem, ale że za takiego chce uchodzić. To bardzo niedobrze, jeśli ktoś zgrywa się na rozpuszczonego, skoro nim nie jest. A więc jest słaby, nie chce przeciwstawiać się swojemu środowisku.

- Skąd pani pochodzi? - z uśmiechem zapytał Kasaczeuski.

- Z Mścisławia.

- O, mścisławianie nie dają się zjeść w kaszy. Teraz rozumiem, czemu ma pani taki języczek. To ludzie, którzy nie lubią umierać u siebie w domu.

- A pan skąd?

- Z Mohylewa.

- Ooo! - Tym samym tonem powiedziała Jakubowicz: - Teraz rozumiem, skąd się bierze pańska ufność. To u was, jeśli dobrze pamiętam, kapustę kiszono w studniach.

- Osobiście tego nie robiłem. Mnie jakoś zawsze wydawało się, że kapusta ze studni nie może być smaczna.

- Aaa, to w takim razie pan na pewno w Wilnie poznał swoją wronę i kulebiakę mierzył łokciami. Bardzo mi miło!

- Litości! - poddał się Kasaczeuski. - Więcej już nie będę.

- Ano - powiedziała z powagą - teraz pan już wie, że nie należy czepiać się mścisławian.

Jednocześnie się roześmiali.

- Prawdę mówiąc, mścisławianie wcale nie mają aż takich ostrych języków, nigdzie nie widziałam tylu dobrych ludzi, co u nas.

I znowu spoważniała.

- Czasem bardzo chciałabym tam być. Mam już dość tego użerania się, dość udawania kogoś bardziej złośliwego, niż w rzeczywistości. Marzę o ciszy, o mieszczańskiej balsaminie na parapetach okien.

- Rozumiem. Tylko czemu właśnie: balsamina? U nas to się nazywa ładniej: "Łzy Alony". Ona zawsze płacze przed nadejściem deszczu, bo gdy była dziewczynką, wypędzano ją w samej zgrzebnicy na jesienny deszcz, by pasła krowy. Aż Bóg wreszcie nad nią się ulitował i zamienił ją w kwiatek.

- Wspaniała litość - odrzekła ze smutną ironią. - Chciałabym tam być, bo na pewno tak gdzieś w głębi siedzi we mnie wiejska baba, która lubi podlewać grządki lub suszyć siano. Czy to dobrze?

- Bardzo dobrze. Myślę niekiedy o tym właśnie, że dlatego jesteśmy tacy wytrwali, iż mimo całego obycia siedzi w nas zwyczajny chłop lub zwykła baba. Jest kultura, jest estetyczna wrażliwość, są rozmowy o twórczości Williama Somerset Maughama, wystarczy jednak poczuć zapach siana - i od razu baba chciałaby boso chodzić po trawie; zdarzyło się jakieś niebezpieczeństwo - i natychmiast kulturalny chłop zaczyna używać białoruskich połajanek. To zupełnie tak, jak z tą lalką, kryjącą wiele lalek wewnątrz: ta w samym środku jest najbardziej naszą lalką. Nie ma powodu do zmartwienia.

Jakubowicz nagle ściągnęła brwi.

- Proszę mi wybaczyć, że nie okazałam zainteresowania... A może nie chciało mi się pytać? Z kim właściwie mówię?

Lawon spochmurniał.

- Może tak właśnie było lepiej. Jak w wagonie: rozmawia się wyjątkowo łatwo, gdyż nie wie się, z kim.

- Ale to chyba nie jest tajemnicą?

- Oczywiście, że nie. Moje nazwisko: Lawon Kasaczeuski.

Po czymś takim zawsze słyszało się zdziwione "ooo", potem zaś banały. Tak było z Anielą i dlatego Lawon nie lubił i bał się swojego nazwiska. Zawsze uważał, że jest takie, jak i wiele innych, wiersze zaś to coś drugorzędnego.

Tym razem spotkał go miły zawód, nie patrzyła na niego z większą, niż dotąd, ciekawością. Powiedziała zwyczajnie:

- Owszem, czytałam. I Wiatraki i Ignis nocturnis, i inne tomiki. W żadnej jednak z książek nie było pańskiej fotografii.

- At! - machnął ręką. - Kogo to może obchodzić?! - I zwichrzył palcami czuprynę, udał zadumę. - Oto, jak powinien wyglądać poeta... A kogoś z moim wyglądem nikt nawet nie chciałby czytać. Dlatego też uciekam się do podstępu. Nie lubię sam siebie.

- Nie powinien pan narzekać na swój wygląd. Pan ma zwyczajną twarz wiejskiego blondasa. Hm... nie zanadto ładną, ale dobrą.

- Mogłaby pani przynajmniej powiedzieć, że "miłą"... - zaśmiał się Lawon.

- A co, bardzo panu na tym zależy? Nie, ona nie jest nawet miła, po prostu dobra.

Kiedy się pożegnał, odprowadziła go na schody. Naraz powiedziała:

- Ja chyba domyślam się, kto zainscenizował ten cały żart. Jaki to jednak złośliwy człowiek! Miał zamiary także i w stosunku do mnie. Ale niech sobie czeka.

- Pal go licho, Mario Siargiejeuna!

- Nie o mnie chodzi, mam do niego żal z powodu pana. - I dodała z powagą: - Z pana nie wolno tak żartować. Pan jest za bardzo autentyczny.

Lawon stał o dwa schodki niżej, więc znaleźli się przed sobą twarzą w twarz, chwilę się wahał i, czując, iż nie wolno mu odejść stąd tak zwyczajnie, powiedział:

- Odtąd nie powinniśmy się ze sobą rozmijać. Byłoby to... smutne.

Odwróciła wzrok:

- Proszę mnie czasem odwiedzić, będę rada.

Lawon znalazł się w wąskiej ulicy nieco oszołomiony. Wiatr niemal natychmiast rozwiał jego włosy i pomknął dalej - słony, morski.

- Człowiek myślał, że już wszystkiego ma dosyć, że przypalił sobie skrzydełka. Człowiek jest głupi.

Młodzieniec z kolorowym krawatem, który znowu znalazł się w uliczce, spojrzał na jego skupioną twarz i roześmiał się potem za jego plecami. Lawon niczego nie zauważył.

 

IV

 

Bursztynowe morze było ciemnoszkliste, w porcie rozbłysły pierwsze światła, gdy Lawon przycumował szalupę i pomógł wysiąść z niej Marii Siargiejeunie. Huśtały ich fale, twarze mieli brązowe. Skóra na rękach Lawona płonęła od soli i ciężkich wioseł.

Było to w jakieś dwa dni po pierwszym spotkaniu. Cały dzień spędzili na brzegu, potem na morzu. Teraz był późny wieczór, szeptały ze sobą drzewa. Odczuwali głód.

Kiedy przechodzili obok restauracji z werandą, z której nikłe światło rozjaśniało piasek, Kasaczeuski zaproponował:

- Wstąpimy?

- Namawiano mnie już do tego, ale nigdy tu nie byłam. Nie lubię. Jednak...

Spojrzała na jego twarz, na której w tej chwili widziało się zatroskanie.

- Dobrze, wstąpimy, byle tylko usiąść gdzieś w ustronnym miejscu.

Stary kelner, Łotysz, przeprowadził ich na werandę, usadowił przy stole w samym kącie. Cicho przygrywała orkiestra, wiatr szeleścił wśród nakrochmalonych obrusów. Przez szkło kielicha twarz Marii przenikał błękitny odblask. Siedziała z przymkniętymi oczyma. Była zmęczona. On zaś patrzył na nią i myślał o tym, iż lata całe chciałby tak z nią siedzieć tutaj, patrzeć na tę zwyczajną twarz.

- Nad czym pani się zastanawia?

Otworzyła oczy, uśmiechnęła się:

- Myślałam o tym, że te dni to są dobre dni. Stałam się jakaś silniejsza. Teraz wiem dobrze, że są na świecie marzenia i dobre zwidy. A pan o czym myślał?

- Myślałem o tym, iż aż dotąd życie moje było ubogie, że byłem mazgajowatym chłopcem, dopóki nie otrzymałem tego listu z baśniowego statku.

- Nie trzeba tak myśleć - odezwała się cichutko. - To po prostu wymysł, a nas wymyślił ktoś inny.

- I tak właśnie jest dobrze! - oświadczył zdecydowanie.

Od wejścia doleciały ożywione głosy: do restauracji wtargnęło nowe towarzystwo, nieco już podchmielone.

Usadowiło się niedaleko od nich, za ścianą z kwiatów: Hrabouski, ów młody włochacz i... chłopak w pstrym krawacie, którego tak niedawno Lawon spotkał na ulicy, w pobliżu domku, który zamieszkiwała Maria. Co chwila wybuchali śmiechem, żywo rozmawiali, Lawonowi jednak wydawało się, że ich wesołość nie jest naturalna, skrzywił się, jakby go coś bolało. Maria dotknęła jego ramienia.

- Nie trzeba...

Zerwał się śmiech jeszcze głośniejszy: od drzwi szedł Morszcz - mały, zabawny, o zmiętej twarzy. Reżyser filmowy uniósł ku niemu rękę, zapraszając go do stołu. Uśmiechnięty Morszcz usiadł.

- Stary, powiedz, gdzieś ty był? - zapytał Hrabouski.

- Wyjeżdżałem na trzy dni do Mińska. Miałem tam sprawy do załatwienia.

- To tak? To ty, ciemniaku, pewnie o niczym nie wiesz? A myśmy tu tak rozrabiali, że będzie z tego śmiech na cały Mińsk.

- Wincuk jeszcze o niczym nie wie, opowiedz mu - poprosił włochacz. - Uśmiejesz się także, mój drogi!

Hrabouskiego nie trzeba było prosić dwa razy. Poprawił się na krześle, spojrzał na Morszcza, zapalił papierosa:

- Ty pewnie, synku, pamiętasz naszą sprzeczkę na temat Lawona? Źli byliśmy wtedy na ciebie. Ględziłeś coś o miłości, która jest nagła jak błyskawica, o księżniczkach z bajki i o tym, że Kasaczeuski ma osobliwy stosunek do baśni w życiu, my zaś z tobą jesteśmy krótkowidzami, bo nie zauważamy niezwykłości wszystkiego.

- Owszem - powiedział Morszcz - mogę nawet wam przypomnieć: "Zdarzenie, które dla nas może być tylko zabawne, dla niego nabiera innego znaczenia, widzi w nim baśń lub poezję... I dlatego on rzeczywiście żyje, my zaś..."

- Dosyć tego. Dodaj jeszcze, że my tylko tyjemy. Dlatego i chcieliśmy wziąć go na kawał, żeby znalazł się przed twardą rzeczywistością, pomalowaną tylko na bajkę. Przecież zawsze mówiłem: marzenie roztrzaska się o życie jak szklanka o metal!

- No, no... - nieprzychylnie zamamrotał Morszcz.

- I zabraliśmy się do dzieła, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie. Wiesz przecież, że z tego wraka zrobiliśmy piękny statek, dawny bryg, po prostu idealny dla zdjęć filmowych: ładny, zwrotny, aż poruszyło się coś w moim sercu, gdym go po raz pierwszy zobaczył... Pomysł wziąłem z tej książki, która wtedy leżała u niego na stole. "Latający Holender" przekazuje czasem na brzeg listy do ludzi, którzy dawno już umarli. Wiedzieliśmy, gdzie nasz bohater bywa w nocy.

Kasaczeuski z przerażeniem spojrzał na Marię. Oto, jaka wpadka!

Ona jednak siedziała nieporuszona, słuchała. Lawon pomyślał sobie, że źle byłoby teraz rejterować, wyglądałoby na to, iż boi się rozmów na swój temat - więc milczał.

Hrabouski zaś mówił dalej, Morszcz przygryzł wargi, po czym zwięźle zapytał:

- Do kogo był ten list?

Hrabouski uśmiechnął się, młody włochacz parsknął śmiechem.

- Do Marysi Jakubowicz. Do tego domu przy wieży.

- Czemu właśnie do niej?

- Dlatego, że ona taka rzeczowa. Romantyzmu w niej ani za grosz. Ciekawiło mnie, jak się zetkną ze sobą.

- Wiem, przyjacielu, czemu właśnie do niej skierowałeś ten list - z podejrzanym spokojem powiedział Morszcz. - Na próżno za nią uganiałeś, pogromco kobiet! I dlatego postanowiłeś się zemścić. Ech ty, nie na tym polega męska ambicja, nie to jest jej istotą!

- Daj mi spokój... - wzruszył ramionami Hrabouski. - Niewiele ty rozumiesz: po prostu za dużo w niej zarozumiałości, chce uchodzić za księżniczkę. Jestem pewny - gdybym tylko kiwnął ręką, zostałaby moją żoną. Tylko że ja nie jestem głupi, żeby na coś takiego tracić tyle sił. Zastanów się tylko: żadnego wdzięku kobiecego, ostra, parska na wszystkich, jak dzika kocica. Twarz po prostu kamienna, ani z nią pójść do restauracji, ani wybrać się czółnem na przejażdżkę. Mało tego, jeszcze człowieka wykpi!

Kasaczeuski ledwie hamował wściekłość:

- Pójdę i dam mu po pysku!

Chciał wstać, ale ona położyła dłoń na jego ręce.

- Nie trzeba. Miły z pana człowiek, na taką satysfakcję może pan sobie pozwolić innym razem. Niech pan zrozumie, oni przecież o mnie nic złego nie powiedzieli, nic prawdziwego. Niech sobie zmyślają. Co zaś do tego, czy przypominam dziką kocicę, gdy obcuję z autentycznymi ludźmi, to niech pan się nad tym sam zastanowi. Ale słuchajmy, to znowu zaczyna być ciekawe!

- Nie podoba mi się ona! - huczał Hrabouski. - Skromna kobieta to nie takie złe, ale skromna dziewczyna, fe! Ani do niej podejść. I dlatego postanowiliśmy tę surową, niezrozumiałą i ambitną osobę zetknąć z naszym poetą. A właśnie musieliśmy odbyć próbny rejs i właśnie rankiem, gdy wszędzie pełno baśniowych oparów, przy drugim zakręcie trafiliśmy prosto na niego, leżał w łodzi. Zaczynam gadać byle co, wypowiadać słowa, które mają przypominać mowę holenderską, takim w dodatku martwym głosem.

Włochacz głośno się roześmiał:

- Ja także przygotowałem się do roli. Wiedziałem, że on zna niemiecki...

Hrabouski to podchwycił:

- Właśnie Wasiuk zaczyna błagać i jęczeć: "narzeczona", "puśćcie", "ona mieszka tutaj"... Różne takie głupstwa mu podpowiadałem. Aż patrzę, że człowiek stanął w łodzi i krzyczy: "Puśćcie go!" Gość zupełnie zwariował.

- Ale przecież nie ze strachu - rzeczowo zauważył Morszcz.

- Jaka różnica! A wtedy Wasiuk wrzuca do wody butelkę, my zaś popłynęliśmy dalej. Widziałem, jak Wasiuk wprost się skręcał ze śmiechu, ale jednak nie wypadł z roli. Kiedyś Grecy, gdy płynęli wzdłuż brzegów Syrii usłyszeli okrzyki: Tammuzie, Tammuzie! Umarł Wielki Pan! Nie wiem, skąd to Wasiukowi przyszło do głowy, ale też zaczął wykrzykiwać to samo: "Tammuzie, Tammuzie, Wielki Pan umarł!" Śmiech go dusi, krzyczy jednak tak, że z przerażenia włosy mogły stanąć dębem...

- Dobry z niego, bracie, aktor i... wielka świnia! - orzekł Morszcz.

- Ty nigdy nie miałeś poczucia humoru... Odpłynęliśmy dość daleko i zaczęliśmy ze śmiechu tarzać się wprost po pokładzie. Wasiuk omal nie zarechotał się na śmierć.

- I co dalej? - zapytał krytyk.

- Wolnego! Przy tym domu, w którym ona wynajęła pokój, dyżurował właśnie Piatro. Postanowił stać tam nawet choćby tydzień. - Hrabouski roześmiał się: - Nie musiał jednak zbyt długo czuwać. Upłynęły ze trzy godziny, gdy patrzy: idzie nasz gołąbek, ufny jak kurczę. Wszedł do wnętrza, Piatro zaś czeka. Upłynęła godzina - Piatro czeka. Ciekawi mnie, w jakim nastroju ujrzał starodawną bogunkę? Oberwał pewnie od niej, jak kiedyś ja oberwałem. Wyszedł w takim stanie, jak gdyby najadł się mydła. Czy to nie zabawne? Ona zaś wczoraj podczas zdjęć była taka poważna, że aż strach. Nie chciałbym być na miejscu Lawona.

Towarzystwo rechotało. Tylko Morszcz kręcił głową.

- Jesteście bydlaki - oświadczył z przekonaniem. - Podłe typy! Rozwialiście ludzkie marzenia. O jeszcze jedno złudzenie mniej na ziemi.

Orkiestra zagrała walca. Maria nieśmiało spojrzała na Lawona:

- Może trochę zatańczymy?

Lawon skinął głową na znak zgody. Jego serce ogarnął zachwyt wobec tej drobnej, upartej dziewczyny. Ile musiała mieć sił, by przez wszystkie te lata być sobą.

Ujął ją pod ramię i wyprowadził spoza fikusów, ona zaś położyła dłoń na jego ramieniu. Nawet nie spojrzała w stronę, gdzie siedziało towarzystwo.

- Do diaska! - zawołał zachwycony Lawon. - Pani jest rzeczywiście czymś wyjątkowym!

Zerknął z ukosa na towarzystwo i ujrzał, jak tamci wytrzeszczyli oczy, gdy on w odpowiednim momencie wyprowadził dziewczynę przed orkiestrę. Włosy Marii ledwo znacznie muskały jego policzki.

Patrzyła na niego z tkliwą ufnością, tak dziecięcymi, zachwyconymi oczyma, że Lawon poczuł jednocześnie w sercu radość i przerażenie: czy na to zasługuje, czy jest godny tej ufności?

Widział też, że tamci przy stole również to zauważyli. Hrabouski drapał się w policzek, w jego głosie brzmiało zdziwienie:

- Ooo...

- Oooo... - wpadając w jego ton, ale zjadliwie pomrukiwał Morszcz.

Zapanowało milczenie. Przerwał je Morszcz:

- Cóż, pożartowaliście sobie. Teraz widzicie, co z tego wyszło? Chcieliście skompromitować baśń, a ten na nią czekał - i doczekał się. Przecież wam mówiłem, że jesteście durniami nawet jako realiści.

I drwiąco dodał:

- Wielki znawca serc, reżyser! A nie umiał rozeznać się w tej dziewczynie. Ten zaś łatwowierny poecina, dureń w sprawach sercowych - poznał się na niej. Warto było, bo ona... ach, cóż za dziewczyna! "Wprowadzili w błąd" człowieka swoim głupim żartem! A teraz, pytam was, panowie, z kogo będzie na prawdę śmiać się Mińsk?

Hrabouski poczerwieniał. Siedział, nie spuszczając oczu z tańczącej pary, którą liczni goście obserwowali z nie ukrywanym zachwytem.

- Jak ona patrzy - powiedział - gdyby tak patrzyła na mnie.

- Cóż, przegrałeś - dokuczał krytyk - nie dla psa kiełbasa...

Kiedy opuszczali restaurację, Hrabouski zatrzymał Morszcza i cicho powiedział:

- Wybacz mi, Wincuk, byłem durniem i, szczerze mówiąc, bydlakiem. Jeśli chcesz, przeproszę Kasaczeuskiego?

- Po co? - zahuczał Morszcz. - Ty przecież chciałeś ich wykpić, a im teraz i bez nas dobrze!

Hrabouski milczał, dopiero po jakimś czasie powiedział z przekonaniem:

- Trzeba jednak wierzyć.

W tym czasie Maria i Lawon szli brzegiem morza, coraz bardziej oddalając się od miasteczka. Szli w milczeniu, on trzymał ją pod rękę, zaś morze cicho wzdychało pod bladym niebem północnym.

Znacznie później powiedział Lawon:

- Wdzięczny jestem temu durniowi...

- Wdzięczna jestem temu "Latającemu Holendrowi" - oznajmiła ona. - Wszędzie duże miasta, w których pełno zagubionych ludzi. A oto ze statku-zwidu przyszedł list. Jakie piękne są dawne, stare noclegi na biwakach.

- Pani dziś jest zupełnie inna - cicho odparł Lawon. - Jakaś taka uległa wobec losu, tego nieba, tego morza.

- Tak - oświadczyła. - Przynajmniej tutaj można się rozprostować, czuć się zwyczajną, słabą dziewczyną.

Kasaczeuski pochylił się nad nią, wpatrzył się w jej miłe, zmęczone oczy w gwiezdnych odblaskach tego ubogiego nieba.

- Mario - powiedział zdecydowanie. - Nie chciałbym z panią się rozstawać. Znamy się ze sobą nie od trzech dni, ale od trzystu lat. Jeśli będę musiał chodzić innymi ulicami, nie widywać pani, zapomnieć o pani, byłoby to dla mnie największym nieszczęściem.

W odpowiedzi opuściła rzęsy i nieznacznie wsparła się o jego ramię.

Ledwo dosłyszalnie wzdychało spokojne morze, wyrzucając ze swojej głębiny na piasek resztki bursztynowego pałacu, zburzonego kiedyś z powodu pierwszej na ziemi wielkiej miłości. W turkusowej mgle, w zwiewnych welonach, pod którymi ukrywały się senne wody, mknęły gdzieś po falach statki-widma.




Źródło: Uładzimir Karatkiewicz. Błękit i złoto dnia. Łódź, Wydawnictwo Łódzkie, 1976.
Tłumaczenie: Jan Huszcza

Беларуская Палічка: http://knihi.com