Uładzimir Karatkievič

Złocisty bóg

Stara miała piękne oczy, nawet teraz - zapadnięte - były duże jak u dziewczyny, stanowiły o twarzy. Mądre i wszystko rozumiejące, jednocześnie zaś, jak gdyby dziecięco zdziwione i roztargnione - miały odblask świeżego, ciepłego błękitu... Może dzięki morzu, na które patrzyła bez przerwy?

- Dzień dobry, niebieskie morze! - mówiła. - I ja zobaczyłam ciebie nareszcie! - i pochylała się w pokłonie, ręką dotykając mokrych otoczaków.

Szumiąca woda toczyła się i lizała pomarszczone mozoliste ręce, stara aż się uśmiechnęła, gdyż woda była ciepła i przejrzysta. Stara pochylała się nad nią z niezwyczajną lekkością, podobnie jak panna młoda, gdy jej każą zbierać igły, rozsypane przez swatki, aby stwierdzić, czy ma giętką kibić.

Stała wpatrzona w morze - nie czując zmęczenia, wyprostowana, cała w czerni, z głową zakutaną w czarny szal, którego końce zwisały jak skrzydła. Stała po śniadaniu, po obiedzie, czasem zaś i po kolacji. Wargi jej jakby były złożone do uśmiechu. Szumiące morze co i raz podbiegało do jej stóp.

Wrzesień dobiegał końca, pogody były pieszczotliwe, bez spieki. Uzdrowisko nieco się wyludniło. Domy kryły się w cieniu akacji, na poły puste, smętnawe.

Starej źle się spało. Za oknem pękały brązowe strąki bobodrzewu, gdzieś tak blisko wzdychało morze.

Gdy tylko zaczynał się dzień, znowu oddalała się od swego piętrowego domu w stronę morza. Domki na skraju uzdrowiska były parterowe, kryły się w krzakach i przypominały jej wieś. Wrażenie osłabiały jedynie przekwitające pomiędzy nimi kaktusy i mięsiste, kłujące agawy.

"Jakie ogromne rosną tutaj aloesy - myślała stara - to nie to, co w wazonach!" Stawała na brzegu, po lewej stronie miała długi, garbaty cypelek o zmieniającej się barwie - to zielonkawy, to liliowy, to żółty - po prawej zaś olbrzymią ciemną górę, całą z głazów. Między nimi rozprzestrzeniało się niebieskie morze, niby kryształ, wprawiony w rdzawy, gruby pierścień ze skał.

Na dnie ten kryształ był nieruchomy i bez skazy, na powierzchni zaś mienił się jak kamień, który widziała w pierścionku na palcu nauczycielki: czasem przypominał bez, kiedy indziej śliwy lub po prostu róż słoneczny.

- Teklo Daniłauna - podchodziła do starej pielęgniarka - byłoby lepiej, gdyby pani jakąś godzinkę poleżała, odpoczęła na kanapce, upał się zaczyna...

- Dziękuję ci, Łaryso... Dziękuję ci, moja ty córeczko!

Stara, gdy tylko tu przyjechała, od razu przypadła Łarysie do serca. Stale miała na nią baczenie: żeby się nie spociła, żeby jadła tyle, ile tego wymaga jej wiek, żeby się nie przemęczała. Próbowała odwieść ją od dłuższych wypadów, ale stara była wytrzymała, pobudzała ją życzliwa i dobrotliwa ciekawość świata, jaka cechuje ludzi, którzy choć mało w życiu widzieli, przecież tak wiele przeżyli.

- Nie kłopocz się, gołąbeczko - mówiła do Łarysy - nic mi się nie stanie.

I zajmowała miejsce w autobusie przy oknie, żeby więcej widzieć.

- Babciu, nie przemęczaj się!

- Jaką młodą mam wnuczkę! - jaśniało oblicze starej kobiety. I obie się do siebie śmiały. Współpasażerowie zaś pytali:

- Ile, babciu, macie lat?

- Siedemdziesiąt pięć.

- Oho!

- Jakie tam "oho"; jak żyć, to żyć! - Po chwili milczenia dodawała: - Nie nażyłam się... I nie nażyję się...

Uroczo było w pustoszejącym uzdrowisku. Zamknięto kioski, aby wykonać plan, sprzedawano tylko wino, koktajle, owoce.

Morze zaś wydzielało, jak i przedtem, ciepło, radość, szczęście, lato. Jedynie w błękitnawych cieniach, pełgających po stokach olbrzymiej góry, w łagodniejszym poblasku nieba czuło się łagodny, jesienny smętek.

Więc godzinami stała na brzegu, patrzyła i napatrzeć się nie mogła.

Pewnego dnia przystanęła obok niej młoda kobieta. Kostium kąpielowy szczelnie oblepiał jej delikatne plecy, cienką, niemal osią talię, wyraziste biodra. Na kostiumie, na wysokości prężnych piersi, widziało się stateczek, płynący w nieznane pod błękitnymi żaglami.

Kobieta zarzuciła ręce do tyłu, głowę podała również do tyłu i poczęła zanurzać swoje złociste nogi w życzliwej fali. Woda przejrzysta, błękitnozielona, wchłaniała te nogi, czyniąc je połyskującymi, złotymi, porywała otoczaki i znów wyrzucała je na brzeg.

- Twarz młodej kobiety była spokojna, nieco za duże usta, regularny nos, długie rzęsy. Przynajmniej na razie była to twarz bez wyrazu, nie widziało się na niej nic, prócz zadowolenia z ciepła, z owiewającego ją wietrzyku.

Stara obrzuciła ją spojrzeniem i znowu przeniosła je ku dali. Ta kobieta jej się nie spodobała. Jej postać wyrażała jakiś chłód, nadmierną pewność siebie. "Królowa - pomyślała stara - ale trudno z tobą twoim królom." Ta instynktowna i podświadoma niechęć przyszła tak nagle, że stara poczuła się zmieszana. Wyglądało to tak, jak gdyby obie spotkały się ze sobą w jakimś poprzednim życiu, i ta kobieta była sprawczynią takiego bólu starej, że ta nigdy tego nie mogła jej darować.

Znowu przeniosła wzrok na kobietę i stwierdziła, że obok niej stoi jednak coś uroczego. Należało być sprawiedliwą: za taką mężczyźni idą, dokąd tylko ona zechce. Nawet nie dlatego, żeby była piękna, ale... Na jej widok każdy niemal instynktownie odczuje, że to jest t o, iż należy zupełnie zapomnieć o sobie samym. Przyjdź, podaj dłonie - niczego więcej nie trzeba!

Stara przymrużyła oczy, weszła pod płócienny parasol i siedziała doskonale nieruchoma.

- Pani, babciu, nie powinna była tutaj przyjeżdżać - usłyszała mile brzmiący głos. - Upały!

- Jak to?

Ujrzała szare, kryjące chłód, oczy sąsiadki, które teraz... ach, zupełnie dobrze udawały życzliwe zainteresowanie.

- Jest późno - powiedziała kobieta. - Samo południe!

Stara odrzekła głosem, w którym czuło się krzywdę:

- Łatwo tobie powiedzieć "późno", ale ty wiedz, miła, że ja dopiero dwa lata temu przestałam pracować... - I dodała: - Całe życie chciałam zobaczyć morze. I dlatego...

- A gdzie pani dzieci? - szare oczy patrzyły z większą życzliwością. - Czy nie mogły pomóc, żeby pani wcześniej przestała pracować?

- Mam, miła, tylko syna. Najlepszy na świecie.

W oczach sąsiadki mignęła iskierka ironii, której nawet i ktoś doświadczony by nie zauważył.

- A pieniędzy to ja mam teraz więcej, aniżeli może ty sama! - I ostro: - Ty może tego nie umiesz zrozumieć, ale ziemia... nie wolno ziemi zostawiać!

Na tym rozmowa się urwała, stara nie zabiegała o jakieś znajomości, owa przypadkowa rozmówczyni nie zauważała jej, kobietą zajmowała się jedynie Łarysa.

"Szczebiocze i szczebiocze - radowała się stara. - Perliczko ty moja, daj ci, Boże, szczęście, dobrego męża i dobre dzieci!"

...Ludzi coraz ubywało. Ot, trochę wojskowych, którzy codziennie i na próżno siedzieli z wędkami, kilku literatów, dziewczyny, których stara nie mogła zainteresować.

Zaprzyjaźnił się z nią jedynie niemłody grubas, Piotr Modestowicz, siwy o dziecięcym prawie uśmiechu - szerokim, aż po same niemal uszy. Pochylone plecy, szeroka pierś porośnięta siwymi włosami, duży okrągły brzuch - pływał jednak jak olbrzymi spławik, utrzymywał się na wodzie całymi godzinami, gdy wchodził głęboko do wody, to przypominał wodnika z obrazu Bilibina.

Piotr Modestowicz był specjalistą w dość rzadkiej dziedzinie. Był rzeźbiarzem, ale szczególnym: odtwarzał dawno minionych ludzi wedle ich czaszek. Wydawałoby się, że człowiek, stale obcujący ze stuleciami, powinien być kimś ponurym, rozważającym o marności życia ludzkiego - on jednak był wesoły, ruchliwy, hałaśliwy, ciekawy świata.

- Ciociu! - wołał wyłażąc z wody. - Przecież lada dzień będziemy obchodzić twoje imieniny!

- Skąd ty o tym wiesz? - pytała z ledwo znacznym uśmiechem.

- No przecież... - udawał wielce poważnego - dwudziestego trzeciego września mamy świetej Tekli-męczennicy.

I trudno było na ten widok nie roześmiać się, powaga tak dalece nie pasowała do tego grubasa.

- I co z tego?

- A to, że może wspólnie je będziemy, ciociu, obchodzić, co?

- Niby czemu?

- Moje też są dwudziestego trzeciego, tylko że wedle starego stylu: Andrzeja, Iwana i Piotra...

- Cóż, można... Ale ty pewnie o tym zapomnisz?!

- To niemożliwe - odpowiadał. - Zapomnieć o okazji do wypitki?

- Oj, będziesz ty na tamtym świecie smołę z dziegciem popijać!

- Jakoś i do tego się przyzwyczaję!

- A pij sobie, siostrzeńcu ty mój, jeżeli to tobie nie szkodzi - mówiła po chwili. - Bo tak naprawdę, to nie ma takiego piekła!

Rzeźbiarz udawał zdziwienie:

- Nie ma?

- Nie!

- A może to i prawda?

Oglądali nielicznych plażowiczów. Na kamykach leżały dziewczyny - brązowe, nagrzane słońcem.

Snuli się między nimi, rzucając baczne, dookolne spojrzenia, młodzi ludzie z zatajonymi uśmieszkami.

- Podrywacze! - mówił rzeźbiarz-antropolog. - Drapieżnicy z wyższym wykształceniem domowym.

- Przestań - mówiła stara - sam kiedyś pewnie nie byłeś lepszy.

Kobieta patrzała na morze, na niebieszczejące, rzadko porośnięte wzgórza, przymrużała oczy:

- Och, ile tutaj ciepła! Gdyby tak u nas... Jakby wszystko rosło, Boże!

Przypominały się jej rodzinne błota, stuletnie lipy, brzozy strażujące przy gościńcach i mgła wśród miedzianych pni puszczańskich.

...Po upływie jakichś czterech dni od czasu, gdy przy starej zatrzymała się owa młoda kobieta, przyjechała nowa grupa, ośmiu mężczyzn, bardzo ruchliwych, lecz o bladych twarzach - pochodzili widocznie z północy. Wydawali się wszyscy podobni jeden do drugiego. Sprawiał to może ich ironiczny wyraz twarzy, może zaś ogienek, jarzący się w ich oczach, gdy od autobusu, sprzeczając się, szli do recepcji.

Wyróżniało się wśród nich tylko dwóch: stary o twarzy fanatyka i młody człowiek około lat trzydziestu.

Gdy młody człowiek po raz pierwszy rozebrał się, zostawiając ubranie na leżaku i wolno ruszył brzegiem - podrywacze spojrzeli na niego i jakby stracili pewność siebie. Dziewczęta zaś po prostu nie mogły oderwać od niego oczu, gdy ten szedł przed siebie. Zapomniały o wstrzemięźliwości i wstydliwości, zapomniały nawet o swojej odmiennej zdolności do kokieterii.

Sprawiał dość dziwne wrażenie: ręce i twarz widocznie nieco opaliły się w czasie podróży, były złociste, reszta jednak ciała była biała jak piana.

Twarz dość szeroka, zgrabne ukształtowanie ust, niebieskie oczy, złociste włosy... A cała postać? Przypominał greckie posągi. Ani grama w niej czegoś zbytecznego, jednocześnie zaś nie była to uroda zawodowych gimnastyków, u których węzły muskułów, jak skłębione żmije, grają pod skórą.

Jego ciało było twarde, gładkie, miało jedwabistą skórę. Atletyczny tors, ale wąskie biodra.

Nie zwrócił na niego uwagi tylko malarz, który siedząc na leżaku trzymał przed sobą szkicownik i gorączkowo rysował kobietę w czerni. Stała tuż nad samą wodą, patrząc w najdalszą dal.

Malarz dopiero co przyjechał, wszedł na plażę i aż stęknął z radości: widział przed sobą żywy prototyp rozpaczającej matki dla swego obrazu. A szukał czegoś takiego dosyć długo. Rzeczywiście, nigdy nie można przewidzieć - gdzie coś się straci, a coś znajdzie.

Młody człowiek podszedł do starej, nachylił się i pocałował ją w skroń.

- Dzień dobry, mamusiu!... Bardzo za mną się stęskniłaś?

Cała zniknęła w jego uściskach, szukała jego oczu, szeptała w zaskoczeniu:

- Waleryk!... Synku mój!

- Źle ci tu było samej?

- Co też ty... Jakie tu piękne morze... I Łarysa... I Piotr Modestowicz. Walerku... Syneczku...

- Wybacz mi tę zwłokę... Ale teraz to już będziemy razem!

Malarz, widząc tę parę, jęknął i pomyślał, że jest niezdarą, że powinien zabrać się do zupełnie innego obrazu: po prostu - matka i syn, po prostu - szczęście...

...Piotr Modestowicz pojawił się na plaży, kiedy matka udała się już na odpoczynek przed obiadem. Ujrzawszy Waleryja, również zawołał do samego siebie: "Rzeźbić!" Na razie podszedł do niego, przedstawił się, wdał w rozmowę i... ogarnęło go zdumienie.

"Chyba tylko głowa... Naukowcy nie miewają takiego ciała! Nikt w to nie uwierzy!"

...W czasie obiadu w miłym chłodzie olbrzymiej jadalni siedział w swoim kącie i tylko z daleka obserwował, jak tych ośmiu obsiadło dwa zestawione stoły, jak stara siedziała obok syna, którego zapragnął rzeźbić, jak wszyscy jej nadskakiwali - i dopiero teraz, porównując oczy i brwi, wyraz twarzy, coś wspólnego w ruchach starej i młodego, domyślił się, że przed nim znajdują się matka i syn, cicho gwizdnął ze zdumienia:

- Ot, masz ci... Trudno wprost uwierzyć, że to ta Tekla Daniłauna wydała na świat kogoś takiego...

Koledzy Waleryja patrzyli na nią z oddaniem, gdyż najwidoczniej lubili jej syna.

Stara ledwo przerywała swoje milczenie, może wstydząc się wiejskiej mowy. Jednak jej serce coraz bardziej przepełniała duma, gdyż widziała szacunek, jakim wszyscy otaczali syna. Syn zaś niekiedy się uśmiechał, mówił do niej właśnie po wiejsku - i wtedy rosło serce w starej.

Podeszła pielęgniarka-gospodyni.

- Oto ona! - ożywiła się stara. - To właśnie Łaryska... A to, Łarysko, mój syn!

Siostra spojrzała na niego i trochę się zarumieniła.

Waleryj patrzył na nią z przyjaznym uśmiechem. Trudno było przyjaźnie nie uśmiechnąć się, widząc przed sobą kogoś takiego: ładna, drobne ręce, dobre niebieskie oczy, rumieniec na buzi, usta jakby dziecięce i dołki na policzkach.

- Dziękuję pani za opiekę nad matką!

- Proszę pana, przecież to... Była zawstydzona.

- Bardzo dziękuję... - powtórzył Waleryj.

- A gdzież Jaryńka? - zapytała stara.

- Kto taki?

- Jaropełk to jej braciszek. Oni są sierotami. Łaryska go hoduje. Dobry chłopczyk!

- Gdzież on może się podziewać?! Wiadomo, że ugania się za psami!

- Tu dla niego gościniec! - stara podała siostrze pakuneczek... - Nasz gościniec spod Słonima. W nim takie nasze cukierki, bulba biełaruskaja, i antonówki. Tutejsze jabłka nie mają nijakiego smaku. Jak wata... A ty jemu powiedz, żeby więcej się kąpał... Prędko jesień, niech nabiera słońca!

Łarysa, cała czerwona, to spoglądała na nią, to na jej syna, który patrzył na nią z przyjaznym uśmieszkiem.

Kiedy odeszła, a Waleryj znowu usiadł, stara, opuszczając wzrok ku ziemi, powiedziała:

- Ach, jaka ona dobra... Nadziwić się nie mogę... Po co jej stara baba, ale ona...

I nagle, ni stąd ni zowąd, powiedziała:

- Co te dzieci widzą w psach?!

Psy hodowały, się przy stołówce. Było ich pięć, wszystkie opasłe, dobre, kosmate tak, że mogłyby żyć na biegunie, ale wszystkie podłej rasy. Dobrze wyczuwały ludzi i, na przykład, za Piotrem Modestowiezem biegały stadkiem.

- Lizusy - pomrukiwał rzeźbiarz. - Darmozjady. Pieczeniarze. Wysiedlić by was stąd!

Psy merdały ogonami.

- Trzeba pracować! - burczał. - Bóg niech was opatrzy! - I kładł na żwirze kości, nie dojedzone resztki.

...Siostra-gospodyni, która zatrzymała się przy stole rzeźbiarza, wciąż zerkała ku przybyszom. Zwracało jej uwagę, że wszyscy z takim szacunkiem odnoszą się do młodego przystojnego człowieka, nawet starsi od niego wiekiem, wszyscy milkną, gdy ten zaczyna mówić.

- Dlaczego tak się dzieje? - zapytała grubasa. - Kim on jest? Kim są oni?

- Oni?

- Właśnie...

- Mogę powiedzieć - burknął stary. - Leninowska nagroda za wyodrębnienie plazmy...

- Ich główny to chyba ten siwy?

- Sawa Apanasawicz?... Nie, on tylko był inicjatorem. Inaczej mówiąc, ich szefem. Jest drugim w tym towarzystwie. Największy ich geniusz to tamten... bóg!

Zamruczał:

- Niedonoszeni geniusze... supergeniusze... eksgeniusze...

Potem zapytał:

- Czy pani wie, jak on się nazywa? Waleryj Palecki.

Siostra wzruszyła ramionami.

- Nieuctwo i nieświadomość to są groźne plagi ludzkości - powiedział stary. - Taka główka zdarza się raz na sto lat! Przyjrzyj mu się dobrze, kochana, bo może więcej nie będziesz mieć takiej okazji!

Grubas czuł się skrzywdzony tym, że stara przez cały czas obiadu nawet nie spojrzała w jego stronę. Gdy jednak tylko skończył obiad i zaczął wstawać, Waleryj to zauważył, podszedł do niego.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział - nie myślałem, że pan tak wcześnie wstanie od stołu.

- Siedziałby pan przy swoim kompocie... - odburknął grubas.

- Bardzo mi przykro - uśmiechnął się, odsłaniając swoje "białośnieżne zęby" Waleryj. - Ale powinien pan to zrozumieć: matka! Ona tylko o panu mówiła... Byłbym wdzięczny, gdyby pan po prostu zechciał przysiąść się do nas...

- Z przyjemnością...

...Od dwóch dni spożywali wszystkie posiłki wspólnie, razem też się. kąpali. Rzeźbiarza wchłonęli w swoje towarzystwo w taki naturalny sposób, jak gdyby od dawna był ich dobrym znajomym.

Razem jeździli w góry. Zatrzymywali się wysoko ponad opustoszałymi owczarniami i zdziczałymi drzewami migdałowymi. Patrzyli z przełęczy na bezkres morski, na zatokę w dole, na fantastyczny Palec Diabelski, który sterczał nad otchłanią i jednak trwał.

Stara siadała, krzyżowała na kolanach swoje wyschłe ręce, mrużyła oczy przed słońcem, radośnie uśmiechała się do wszystkich i mówiła:

- Jaki skalisty! A jakie morze! Aż chce się lecieć! Ach, jaka ładna ta cała ziemia! - potem zaś wzdychała: - Ile tutaj marnuje się tej ziemi, żeby tak dla niej nasza woda!.

Gdy przebywali na plaży - widząc, że wszyscy oglądają się za jej synem, sama wszystkich polubiła. Wszyscy teraz wydawali się jej dobrzy. Przez wszystkie te dni nie było tylko tamtej, która zanurzała wtedy swoje złociste nogi w zielonkawej fali. Może skończyły się wczasy i w y jechała? A może zechciała poznać miasto?

Starej wydawało się, że w jej synu zakochały się wszystkie dziewczęta. Łarysa, która dotąd patrzyła na chłopców, jak na zwyczajne istoty tego samego rodzaju, gdy go spotykała, opuszczała swoje długie rzęsy. Trudno było nie podziwiać jego, idącego w stronę morza.

Już po dwóch dniach jego białość ustąpiła krymskiej opaleniźnie, szedł złocisty, jak odlany ze złota.

- To dzięki morzu - szczęśliwie uśmiechała się stara. - Ja na ten przykład umyślnie nie myję na noc swoich rąk. Przyłożę rękę do ust i pachnie solą. Jaka szkoda, że mnie nie wolno się kąpać!

Trzeciego dnia pobytu, gdy wszyscy siedzieli za stołem, a jej syn, dopiero co kończąc przekomarzanie się z Łarysa, życzliwie patrzył, jak ta uwija się między stołami - stara coś jakby usłyszała samymi jeno plecami, jakby nagle ogarnął ją całą jakiś cień.

- Waleryj! - usłyszała kobiecy głos - jak ty tutaj się znalazłeś?

Syn uniósł wzrok, stara zaś przestraszyła się, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, o co chodzi: syn stał się ledwie pozłocisty, jakby cała krew ustąpiła z jego twarzy.

- Dzień dobry, Agato - powiedział. - Cieszę się, że cię widzę!

Matka dopiero teraz obejrzała się. Za nią stała tamta z plaży. W białej, jedwabnej sukience, podobnie złocista. Ręce miała w ażurowych rękawiczkach. Uśmiechała się całymi ustami. Jej szare oczy patrzyły na Wałeryja uważnie i jakoś niezwykle.

- Jak długo jesteś tutaj?

- Trzeci dzień...

- A ja byłam w Jałcie... I też cieszę się, że ciebie widzę.

Dopiero teraz w tych oczach przez chwilę mignął niepokój. Właśnie na widok twarzy matki, którą sobie przypomniała.

- My z panią się znamy - powiedziała nadskakująco. - Zastanawiałam się wtedy nad tym, co mnie tak kusi, żeby z panią porozmawiać.

- Tak... - wymijająco odrzekła stara.

- Z przyjemnością sobie porozmawiamy - oświadczyła Agata i wyszła.

- Kto to taki? - szeptem zwróciła się stara do Waleryja.

- To ona, mamo.

- Kto taki?

- To ona... - powtórzył syn.

Matka chciała wstać, ale poczuła ołów w nogach, dzwonienie, w uszach. Siedziała, wszystko starając się sobie przypomnieć. Nigdy jej nie widziała, ale teraz już wiedziała, jaka jest ta ona!

Nienawidziła jej całą siłą macierzyńskiej nienawiści. Bowiem wiedziała, co się z jej synem działo dwa lata temu. Tamta tego nie widziała, ona zaś, matka, widziała. Widziała, jak nie sypiał, chudł w oczach, leżał całymi godzinami, patrząc w próżnię. I to, jak czasem krzyczał przez sen, również słyszała. Tamta tego nie słyszała.

"No, dobrze! Jeżeli tobie się on nie podoba, to powiedz o tym od razu. Nie męcz miesiącami i latami, nie dręcz człowieka. Ale nie, tobie pewnie podoba się taka zabawa w kotka i myszkę! Wszyscy się za wami oglądają, każda tobie zazdrości... czego jeszcze, do licha, dziewczyno, tobie trzeba, co? Rozumny, dobry, mężny, przystojny... Jak ona mogła takiemu odmówić ręki? Nie jakiemuś tam, ale takiemu... Duży, silny, a serce jak u dziecka. Oddany, wierny, wszystko zrobi, o co go poproszą. Wierzy w ludzi!"

...Gdy wyszli z jadalni, matka powiedziała do syna:

- Znowu, kochany, będziesz cierpieć...

- Tak ci się tylko wydaje...

- Wyjechać by lepiej stąd nam... - powiedziała.

- A niby po co?! - zawołał beztrosko. - Wszyscy moi są tutaj. Jeszcze mamy miesiąc czasu. A potem... mamo, to wszystko przeszło. Przeszło bez śladu!

Na plaży liczni teraz skupiali się wokól matki. Jakby to był tylko przypadek. Siedziały, śmiały się i żartowały dziewczęta, ocierali się o nie chłopcy, koledzy i syn grali w siatkówkę, śmiech unosił się nad całą plażą.

A Tekla tylko obserwowała, jak syn odbija piłkę, jak nurza się w falach, jak przekomarza się z dziewczynami. Ale jednocześnie rosła w niej trwoga. Nikt, prócz niej, nie dostrzegał tego, że on stał się jakiś inny, był nieswój. Tylko ona to widziała.

Wzrastała trwoga w ciągu najbliższych dwóch dni - głucha, ciężka. Późnym wieczorem na trzeci dzień stara nie wytrzymała i, gdy sama została w pokoju, na chwilę się zawahała, potem uklękła między krzesłami a tapczanem na osłoniętym po obu stronach balkonie.

...I w tej chwili wpatrywała się w morze. I teraz nie mogła oderwać od niego oczu. Było ono bowiem takie jakieś... ogromne.

Morze szumiało, tocząc prześwietlone księżycem fale, szeleścił obok tarasu bobodrzew.

Stara nie modliła się może od jakichś dwudziestu lat. Rzeczywiście nie wierzyła w piekło od dnia, w którym synowie - Januk i Antoś - stali pod ścianą, a do ich nóg tulił się popiskujący Ciulik. Antoś - a miał wtedy zaledwie lat piętnaście - miękko odepchnął nogą puszystego szczeniaka.

- Odczep się, Ciulik, uciekaj stąd...

Szczenię w dzikim porywie zaczęło łapać swój własny ogon. Popiskiwało z radości, kręciło się w pobliżu ich nóg...

Krew odpłynęła z jej twarzy, przed oczami migotały jakieś cienie... Stojący pod ścianą Januk także się uśmiechał, chłopcy byli bardzo podobni do najmłodszego. Byliby teraz tacy jak Waleryk.

Ciulik wciąż usiłował, tuż przed ich nogami, złapać swój ogon. Nikt go nie przeganiał.

- Niech żyje Białoruś! - jakimś dziwnym, urywanym, nieswoim głosem krzyknął Antoś.

Nie widziała tego, co stało się po chwili, była jak ślepa. Dopiero po jakimś czasie zobaczyła znowu ścianę i trawę, na której, nie mogąc unieść się z ziemi, wił się i jęczał Ciulik.

...Po prostu go wypiastowała.

Ciulik jednak zdechł jeszcze tej zimy jako siwy ze starości pies. Dopiero wtedy zgodziła się przenieść do najmłodszego syna.

Było jej wszystko jedno. Ziemi nie było, gdyż nie było rąk. Nie stało psa. Nie było jej starszych. Przez całe dwadzieścia lat każdego wieczoru chodziła tam, otwierała poskrzypującą furtkę, siadła na ziemi pod czarnym bzem, który rozrastał się z roku na rok.

Od dwudziestu lat nie zagościła modlitwa na jej wargach.

- Boże litościwy - mówiła wolno, jakby wsłuchując się we własny szept - zabrałeś mi Maksima, rękami najeźdźców zabrałeś mi chatę i sad, zabrałeś mi dwóch starszych... Ratuj choć tego przed cierpieniami, przed tą żmiją o ludzkiej twarzy! Zlituj się nad nim, który jest jedynym światłem dla moich oczu... Zlituj się nad tym ostatnim!

Gdzieś daleko, oblizując kamyki, szumiało morze.

- On czegoś takiego dłużej nie wytrzyma. Ty nie wiesz, ale ja wiem, że on nie wytrzyma.

Ta myśl przeniknęła ją całą i nie potrafiła tej myśli nie wyznać w swojej, przepełnionej trwogą, spowiedzi.

Nie było jej lżej.

- Wysmoktała z niego, żmija, całą krew!

Wszystko rozumiała, wiedziała, że nie potrafi pomóc. Wiedziała też, że nie ma piekła.

- Siebie odda mu tylko raz, a za to zabierze życie!

W odpowiedzi słyszała tylko morze, nieprzerwanie atakujące brzeg. I wtedy Tekla wstała z klęczek, wiedząc dobrze, że znikąd nie spodziewać się pomocy, że może liczyć tylko na sama siebie.

Matka nie przypuszczała, że w tym właśnie czasie Waleryj siedzi na wielkim kamieniu, częściowo zanurzonym w wodzie, słucha ciszy i siebie. Fale rozpryskiwały się u kamiennego podnóża, krople wody spadały czasem na rozpalone czoło... Była cisza, czasem tylko dobiegał z daleka, z lokalu, gdzie tańczono, przeniknięty smutkiem i namiętnością głos śpiewaka z płyty.

Nie była to jakaś pieśń szczególna, ale w tych dniach stała się modna. Ciągle nastawiano tę płytę. I raptem mężczyzna poczuł, że te niewymyślne słowa jakoś odpowiadają jego nastrojowi:

 

Tak smutno mnie całujesz,

Jakbyś przeczuwała,

Że nasze spotkanie

Oznacza rozstanie.

 

Więc żal beznadziejny

Ściska moje serce,

Jutro też dzień wstanie,

Lecz ciebie nie zastanie...

 

Waleryj z niezwykłą ostrością odczuł: "jutro bez niej" jest niemożliwe. Jeśli takie nastąpi, to niechaj wcale nie będzie "jutra"!

Co ma począć z tym "jutrem"? Znowu dojść do kresu sił? Pracować jak wielbłąd czy wół, jak to czynił, dotąd? Przecież skończył trzydzieści łat, nie pozwolił sobie, jak dotąd, na żaden wywczas. Ani razu nie widział morza, pustyni, winnic! Na wszystko "miał jeszcze czas"! Dwanaście lat pustelniczego żywota, na które skazał sam siebie.

Był ambitny i sam przed sobą przyznawał się do tego, nawet tym się szczycił. Chciał być lepszym, być pierwszym - inne życie nie miało dla niego żadnej wartości.

Walczył o to nie przy pomocy intryg i kopania dołków pod innymi, nie przy pomocy schlebiania. Takie sposoby doprowadziłyby go do utraty szacunku dla samego siebie. Walczył o wszystko, zaprzęgając w tę służbę talent i umiejętności.

Nie brak jednak ludzi utalentowanych. Iluż to widział takich, którzy nie przekroczyli granicy ustalonej przez kolegów: "Zdolny chłop!" Nie, tego mu było mało. Miał świadomość swoich wyjątkowych zdolności i pracował jak wół, żeby być lepszym, nie zastąpionym, bardziej się wyróżniającym.

Nie zabiegał jednak o popularność, wiedział, że ta przychodzi sama. Pracował, a na resztę było za wcześnie. Nie założył rodziny, unikał tego, co nazywał "słabością". Nie miał żadnego hobby. Wszyscy, którzy z nim się stykali, byli porażeni jego niemal nadludzką, niedostępną dla innych, gotowością do pracy.

Przez wszystkie te lata sypiał po pięć godzin na dobę. Sen i praca. I jeszcze gimnastyka. Przy takim słabym zdrowiu, kto inny nie osiągnąłby i cząstki tego, co zdobył on. Mawiał niekiedy, że potrafi zastąpić cały zespół. I, rzeczywiście, to czego dokonał - innym wypełniłoby całe życie.

Dni i noce, noce i dni. Gimnastyka, natryski, śniadanie... Jeśli trochę wypić, to w święto, nie palić... Praca, gimnastyka, obiad... Żadnych kawiarnianych posiedzeń! Wieczorem wanna z rozpuszczonym zapachem jodłowym w wodzie.

Przy jego zdolnościach i wytrwałości w pracy - wydawało się, że wszystko osiąga z łatwością. Więc nie tylko go szanowano, ale i patrzono na niego z niejakim lękiem, jak gdyby sam los sprawił, że niektórzy mieli szczęście znajdować się w zasięgu czegoś niezrozumiałego, nie dającego się wytłumaczyć, mało prawdopodobnego.

A jednocześnie w niczym nie przypominał jakiejś maszyny. Żywy umysł i żywa wyobraźnia - coś z poety w fizyce, wesoła, aczkolwiek nie pozbawiona czegoś w rodzaju hazardu - praca! Ceniono go za jego skłonność do żartu, za organiczną niezdolność nie tylko do podłości, ale nawet do kompromisu.

I tak upłynęło dwanaście lat... Nie, jedenaście! Zdarzyło się to dwa lata temu. Jego książęca mość - sam Palecki - "wreszcie wsiąkł", jak mówił niezbyt dowcipnie Wićka Malimonczyk, lubiący błaznować, ale świetny specjalista od matematycznej analizy. Rok ów był straszliwym poniżeniem. Gdyby nie tamto, skończyliby badania znacznie wcześniej. Matka także to przeżywała.

Ani minuty dla życia osobistego. Wydawało się, że jego mózg przepoczwarzył się w coś wchłaniającego wszystko... Narzucały mu się różne kobiety - szybko jednak orientowały się, że są mniej mu potrzebne niż on im - i rezygnowały.

Pragnienie szczęścia, wypoczynku, muzyki? Bzdury! Będzie na to czas!

I oto osiągnęli swój naukowy cel! Nawet zdawało się, że na tym należy poprzestać, dalej nie ma czego szukać. Można było zacząć żyć. I na początek przyjechali właśnie tutaj.

Nie przyzwyczajony do zupełnego spokoju i nieróbstwa, przez pierwsze noce Waleryj źle sypiał. Był to bowiem dla niego jakiś stan nienaturalny. Przecież i w czasie zagranicznych podróży zadziwiał wszystkich tym, że potrafił pracować nawet w najmniej odpowiednich warunkach.

Książki poszły w kąt; dwa razy odpływał tak daleko, że kuter musiał go zawracać; kino, zapomniane od lat. W Fieodosii przez cały dzień siedział przed obrazkami Wołoszyna, smakował z jakąś zachłannością te kwadraty papieru przemawiające różnokolorowymi farbami - wyrażającymi piękno, własne spojrzenie poety i malarza na świat.

Teraz dopiero - przypominając sobie samoloty, ulice cudzych miast, tłum, rozmaite zbiegi okoliczności - zaczynał żałować, że tak dalece nie brał udziału w tym życiu.

Aż nagle... Ona! Znowu to samo. Znowu ciężka, bez przejaśnień, przepełniona bólem, niepohamowana namiętność.

Niczym, dobrym nie mogło się to skończyć. Znowu będą schadzki, znowu będzie dobroć i pokora, gdy on w gniewie zostawi ją samą. Znowu obojętność, gdy tylko zdradzi się ze swoim dla niej zainteresowaniem.

...Następnego dnia leżał na plaży, oczy miał przymknięte, na poły drzemał. Jego mózg, który w ciągu paru dni pozbył się ołowiu zmęczenia, znowu zdolny był do pracy, do wchłaniania wszystkiego i kojarzenia. Właśnie w tej półdrzemce przepływały przez niego obrazy, słowa, składając się na niemiłą, pstrą mozaikę.

Na jego twarz spadł cień. Myśląc, iż to ktoś z kolegów, powiedział:

- Odejdź, nie zasłaniaj mi słońca!

Poznał ją jednak natychmiast po głosie.

- Dzień dobry, Waleryj!

Wzdrygnął się, odpowiedział jednak nie otwierając oczu:

- Dzień dobry? Co, chcesz okroczyć mnie? Jak kiedyś? Nie ma innego przejścia?

- Z grubiaństwem nigdy mężczyźnie nie było do twarzy!

- A z obłudą - kobiecie!

Zaśmiała się, usiadła przy nim.

- Kobieta nie może być inna, jeżeli mężczyzna jest tablicą logarytmów, chodzącym mózgiem elektronowym!

- To po co tu przyszłaś? Co chcesz zaprogramować?

- Czy można naruszyć kodeks zasad moralnych? - zapytała ironicznie.

- A jak brzmi odpowiedź?

- "Zalecanie się do cudzych żon z niepoważnymi zamiarami jest zabronione. Można zalecać się do nich tylko wtedy, gdy ktoś ma poważne zamiary. Za inne powinno się przynajmniej obrywać po pysku!"

- Cóż, według mnie, słusznie...

- A jeżeli te "cudze żony" wcale nie zastanawiają się nad jakością zamiarów?

- To niechaj takie cudze żony idą do staruszków porażonych atrofią sumienia.

- Kiedyś nic jakoś nie wspominałeś o sumieniu...

- Bo nie chciałem... nie mogłem...

Wyraźnie go prowokowała, on jednak, mając nadal przymknięte powieki, odpowiadał raczej na serio. Ona zaś siedziała nad leżącym, pochyliła głowę nad jego rozłożystym ciałem, patrzyła chytrze, jak lisica w głąb studni.

- Jakoś do mnie nie zbliżasz się?!

- Bo nie chcę.

- Jesteś głupi. - Powiedziała to tak poważnie, że znowu odczuł jej słowa w swoim sercu. - Ja wiem wszystko. Przestań męczyć samego siebie... W życiu i bez tego wszystko jest trudne. Przychodź... no?

Nie usłyszawszy odpowiedzi, wstała i poszła. Przez na poły przymknięte powieki widział ją idącą po kamykach, wyrazistą, kształtną - całą jak wspomnienie i jak cierpienie.

...Dzień imienin matki rzeźbiarz zdecydował się połączyć ze swoim i obchodzić uroczyście, wszystkim przypomniał o alkoholach i żeby "konspiracyjnie stukali nogami w drzwi". Zebrało się jakieś dziesięć osób: koledzy, matka, Łarysa, do której zalecali się wszyscy. Matka była wielce zaskoczona tym, że Waleryj zachowywał się zupełnie obojętnie. Siedział spokojny, patrzył na dziewczynę oczami jak gdyby nieobecnymi.

Ku zdziwieniu Piotra Modestowicza, nikt nie interesował się butelkami ze sklepu, ale młodym winem tutejszym - czerwonym, białym, bursztynoworóżowym. Madżarka wypełniała wielkie szklane dzbany, przyniesione ze wszystkich pokojów. Była trochę mętna, zdarzały się w niej nawet łupinki winnych gron, ale była też kwaśna i słodkawa, zimna jak lód.

Starej madżarka nie podobała się.

- To pewnie wódka?

Ale potem odczuła smętek, miły jakiś i ciepły. Ogarnął ją żal życia, które - cokolwiek powiedzieć - zbliżało się ku końcowi. A jednak czuła się dobrze, jakby jeszcze miała przed sobą długi szlak.

"To dlatego - pomyślała - tak przepadają za tą madżarką!" I patrzyła na twarz syna, na serdeczną w jej odczuciu twarz Łarysy o policzkach ż dołeczkami. Czuła się pokrzywdzona w jej imieniu. Gospodarna, ładna, dobra. A mężczyźni to są takie duże dzieci... Zostawić ich samych sobie, nawet gdy mają czterdzieści lat - nawyczyniają tylko głupstw! Rzeczą kobiety jest nimi się opiekować, pomagać im, prowadzić ich w sposób dla nich niezauważalny, żeby, Boże broń, nie stracili pewności, iż właśnie oni są panami... "Dzieciom trzeba sprawiać radość"... I oto pojawił się obraz tamtej, złej, przerażającej swoimi wiecznymi wymaganiami. Nic nie dać nikomu w zamian! Tylko brać, brać i brać.

Nie winiła syna, dopuszczała w myślach nawet to, że inaczej być nie może. Swoją przyrodzoną mądrością, swoim wielkim doświadczeniem wiedziała, jaką niekiedy władzę nad prawdziwymi mężczyznami, szlachetnymi i dobrymi, zdobywają takie kobiety, które nie mają żadnych skrupułów: zakochane w sobie, pyszałkowate, kłamliwe. Takie, dla których najważniejszą sprawą - to tylko utwierdzać siebie, poniżać koleżanki, wznosić się nad inne, iść po trupach.

Dlatego tak bardzo żałowała syna. A głos za oknem, za sadem znowu wyśpiewywał to samo:

 

Do jutra...

Choć może ono mnie oszuka,

Ja będę czekał - ty nie wrócisz,

Ja będę wzywał - nie usłyszysz

I szczęście do mnie nie zastuka...

 

Czuło się w tym smutek i jednocześnie radość, że jednak człowiek potrafi aż tak tęsknić, że jest mu dobrze nawet w smutku, gdyż on - po prostu żyje. I matce przypominały się pola, zbierała z nich kamienie i układała w pryzmy na miedzach - wszystko własnymi rękami! - niebieskie lasy i krwawo falujące w oczach kłosy.

- Nie trzeba! - nagle szepnęła do niej Łarysa, matka zaś nie mogła wyjść ze zdumienia, że tamta domyśla się wszystkiego.

Goście przyjaźnie się wykłócali, pisząc na świstkach papieru jakieś cyfry i litery. Niekiedy ktoś wybuchał głośnym śmiechem, jakby w cyfrach, które właśnie wyłoniły się spod długopisu, było coś szczególnie zabawnego. I tylko jej syn patrzył na nich spokojnym, wzrokiem; myślami błądząc wśród jakichś innych swoich spraw, o których wiedziały tylko te dwie kobiety, siedzące przy narożniku stołu, coś do siebie konspiracyjnie szepczące.

- Mamo, tak nie wolno... Miała pani godne życie... Wątpię, żeby ktoś spośród nas mógł takim pochwalić się w starości...

- Wiem... Odsuń, się trochę, kochana... Nie siedź przy samym rogu...

- Kiedy mi wszystko jedno...

- Co chcesz robić?

- Zdam ostatni egzamin. Będę pracować, Jaropełka poślę do szkoły, będę po prostu żyć!

- Słusznie - powiedziała matka, czując suchą gorycz w gardle. - Durniów jest wielu na świecie, ale czemu tak się dzieje?

- Mamusiu - głośno zwrócił się do niej Piotr Modestowicz - ty jesteś nasza radość i uroda! Opowiedz nam cokolwiek!

Matka ujrzała oczy Waleryja i zrozumiała: zaraz wstanie od stołu i pójdzie, wszystko jest w nim napięte jak struna, rozpacz go opanowała, cały jej się poddał. Nie wolno dopuścić do tego, żeby to się zdarzyło przy tej dziewczynie.

- Spokój! - powiedział ktoś.

- Znam go trzydzieści jeden lat...

- On ma tylko trzydzieści! - ni w pięć ni w dziewięć wtrącił profesor.

- Znam go trzydzieści jeden lat - upierała się matka. - A nie wiem o nim więcej, niżeli o tobie, Sawo Apanasowiczu. I to jeszcze dodam: jestem już stara... I pewnie nigdy się nie dowiem, kogo on będzie mieć: syna? córkę? Nigdy nie dowiem się, kto będzie moim przedłużeniem...

Mówiła to takim tonem, że wszyscy w pobliżu zamilkli. Za to ona widziała jego oczy, które zaszły bólem. O, na pewno nie pójdzie dziś tam, dokąd go wzywa jego pamięć. Ale jutro? Cóż, jutro zależy od Boga... Może w ciągu nocy ustąpi ta jego choroba?

- I to jeszcze powiem: oddałeś ty swoją młodość na zatracenie, synku! - Natychmiast pożałowała tych swoich słów, ale na wszystko było za późno. - Najlepsze swoje złote lata. Dlatego i śnią się tobie królewny z bajki...

Wstała:

- Bawcie się tu sobie, kochanieńcy, nie słuchajcie starej baby. A tobie, moja Łarysko, moja gołąbeczko, czas iść spać. Jutro znowu musisz wcześnie wstać, co innego te... obiboki!

Syn spuścił oczy, matka zaś była zadowolona ze siebie, gdyż dała wyraźnie do zrozumienia, co gani, a co pochwala.

- A ty, Modestowiczu, chodź ze mną na spacer. Jeszcze zdążysz pohulać.

- Jasne! - zawołał rzeźbiarz. - Jeszcze zdążę!

Odprowadzili Łarysę i wolno ruszyli brzegiem morza, wdrapali się po błękitniejącym w księżycu pustym zboczu, doszli do starych, zapomnianych mogił.

Gdy się wdrapywali, Piotr Modestowicz zasapał się, zmęczył. Ale ona szła tym równym, wiejskim krokiem, prosta jak trzcina. I szła jak ongi, gdy dźwigała wiązkę chrustu na plecach albo przenosiła snopy, gdy nie było konia, ale trzeba było je czym prędzej zabrać ze ścierniska.

Szli wzdłuż mogił, w piasku których połyskiwały różnokolorowe kamyki, tam zaś, na dole oddychało morze, uderzało w skały.

- Dziwny wypadek - powiedział rzeźbiarz, aby tylko nie milczeć. - Odtwarzałem je wedle czaszek głowy różnych ludzi, przeważnie kiedyś znanych. Ale raz miałem do czynienia z nie zidentyfikowaną czaszką młodego woja z kurhanu nad Dnieprem. Olbrzymi, o regularnym ciele... Pracowałem, myśląc o swoich sprawach. Byłem wtedy jeszcze młody... I zakochany... I nagle zrozumiałem: moja cała praca nad rzeźbą będzie na nic, jeżeli twarzy nadam surowy wyraz. Oto, czego brakowało: uśmiechu! Ledwie to zrobiłem, wszystko wyglądało inaczej.

- I co?

- Ach, cała tamta moja sprawa skończyła się smutno, jak przeważnie bywa w życiu. Ale, kiedy już wszystko staje się nie do wytrzymania, idę do muzeum, do tamtego junaka. Patrzę na jego uśmiech - i niemal natychmiast ulatuje gorycz i ból. Jak gdybym zaczął na nowo żyć, kochać, cierpieć. A on nic, tylko się uśmiecha, jakby mi dziękował za moją dobroć, za to, że potraktowałem go jak żywego, nie dałem skrzywdzić stuleciom.

Po chwili dodał ze smutkiem:

- Wiele w życiu zrobiłem, ale czasem mi się wydaje, że zrobiłem to tylko jedno: tamten uśmiech... I to chyba jestem ja?

Szli w milczeniu.

- Mówisz prawdę - po jakimś czasie powiedziała matka. - Gdzież szukać raju? Trzeba zostać takim jak ty... Patrz, jaka wkoło pustka! Czy co może dać ulgę? Chyba, że tu zamyśli się człowiek? I to, że pomyśli o kimś żywym... A u nas to zamiast kamieni - mięty, podbiały, wilgotne trawy. Śpi czarny bez. I gdzieś śpiewa słowik... U nas, na Białorusi, w naszej okolicy, jeżeli umrze matka, syn robi mostek z dębowej deski. Na ruczaju. I czasem wy dłubie imię na desce. Ktoś przejdzie przez kładkę i pomyśli sobie...

"Oto - pomyśli - leży kładka, a to znaczy, że umarła jakaś kobieta!" A jeżeli nawet i nie pomyśli, to sobie wygodnie przejdzie przez wodę, nóg nie zamoczy.

- Po co o tym mówić?!

- Trzeba... Boję się: co mnie czeka? Chcę tylko wnuków, a potem niech sobie będzie ta kładka. Nie trzeba mi pomnika ani ładnych słów, ani tamtej kobiety. Chcę po prostu dziewczyny, która byłaby spokojna, dobra, nieobca... I kładki...

- Przestań, Tekla - po raz pierwszy rzeźbiarz powiedział do niej "ty". - Oni są inni ludzie.

Gdy powracali, jeszcze świeciły się okna pokoju rzeźbiarza. A więc goście się nie rozeszli. Skręcając za róg domu; gdzie ścieżka przebiegała pomiędzy granatowymi kaktusami i błękitnymi agawami, wśród których błądziły księżycowe odblaski - usłyszeli, prawie tuż obok - dwa głosy.

...Nie pomogło to, że jego oczy pociemniały, gdy słuchał matczynych słów. Nie pomogły słowa, może nawet wywołały wręcz przeciwny skutek.

- Czemuś wtedy nie wyszła za mnie?

Głos Agaty:

- Nie mogłam...

Matka i rzeźbiarz znieruchomieli, nie potrafili zrobić ani kroku przed siebie. W dodatku było za późno, by dać znać o swojej obecności. Cofali się, mimowolnie jednak podsłuchując, dbając jedynie o to, by pod nogami nie zachrzęścił żwir, jakaś sucha gałązka.

- Nie mogłam... Ale kochałam tylko ciebie...

- Nieprawda!.. Są takie kobiety... za bardzo inteligentne... - Syn mówił spokojnie, ale coś dławiło go w krtani. - Uważają, że ich życie nic nie byłoby warte, gdyby nie było przy nich mężczyzny - chłopca, niezmiernie zakochanego, zdolnego nawet ponieść śmierć... Za to za mąż wychodzą nie za takich, rzecz jasna! I mają w swoich duszach nie tablice logarytmiczne, ale... ale maszyny liczące...

- Waleryj!..

- Słuchaj, co mówię. Bo ja dosyć nasłuchałem się ciebie... Takie o tym tylko i myślą, jakby tu się ciekawie urządzić... Aby potem, w starości miło było zapłakać nad szkatułką z listami: "Cóż, okrutne życie nas rozłączyło..."

Cichutko, krok po kroku, oddalili się od błękitnych zarośli, syn zaś ciągle mówił, gniew, dający się słyszeć w jego głosie, nie mógł zmylić serca matki.

- A tak naprawdę, to wszystko lekceważą... Nie tego mężczyznę kochają, tylko swój smutek, tę swoją grę... "Ach, jaka ja byłam kochana!.. Ach, jakie to było wspaniałe!"

- Kiedy to naprawdę było wspaniałe - wtrąciła niczym nie zamąconym głosem.

- Było? One, takie właśnie, słyszały o tym, że człowiekowi potrzebne jest szczęście miłości. Same nie są do niej zdolne, ale na wszelki wypadek osiągają coś takiego u innych... Kolekcjonerstwo!

Wtedy ona roześmiała się, a matce aż serce się ścisnęło. Jak ona mogła tak się śmiać? Widocznie czuje się bardzo pewna siebie.

- Mów, mów, kochany - powiedziała. - Wygadaj się. Ja ciebie dobrze rozumiem.

- Niczego ty nie rozumiesz. Nie rozumiesz, że takie kolekcjonerstwo nie jest warte złamanego grosza, jeśli człowiek nie kocha sam, jeżeli sam nie dał z siebie wszystkiego!

W głosie drżała gorycz, przerażająca beznadzieja.

- Gadanina! - powiedziała Agata. - Wiesz dobrze, że najlepiej jest ci ze mną...

- I co z tego?

- A mnie z tobą... - uzupełniła. - Jest noc i jest dzień. Słowa dnia nie są potrzebne nocy... Czy pamiętasz, jak byliśmy ze sobą razem... Och! Mów co chcesz, ale tak było! A ty mówiłeś, że moje włosy pachną bieluniem - a potem szukałeś odpowiedników we wszystkich językach: bielena, bełena, szalej, dziędzierzawa...

- Ach, jakie to wzruszające... Ale dosyć tego! Ja nic jestem małym dzieckiem. Dość tego!

Matka oddalała się, jednak głosy nabierały widocznie mocy.

"Oj, synku - wzdychała - nie, tobie nie dosyć... nie dosyć, synku..."

- Ty wiesz dobrze - mówiła Agata - że nigdzie nie pójdziesz. Jeżeli ja mówię, że jesteś mój, to jesteś mój... A ja jestem twoja... Bo aż mi się chce płakać, kiedy mnie całujesz... I tylko tobie jednemu chciałabym być posłuszna...

Milczenie. I znowu jej głos:

- Wybacz mi!.. Zawsze byłam z tobą... I zawsze z tobą będę... Jak ty postanowisz, tak i będzie...

- Przecież chciałem... A ty nie chciałaś być żoną, ale tylko... kochanką. To nie dla mnie taka sytuacja!

- Za poważnie traktujesz te sprawy... Powiedz sam, czy było kiedy tak, żebym nie chciała być z tobą?.. Szukałam ciebie... Kocham ciebie... Na zawsze...

W odpowiedzi na to mężczyzna wybuchnął długo widocznie hamowaną, tym bardziej większą, wściekłością:

- Ty o wiele bardziej, moim zdaniem, chciałaś pieniędzy, mieszkania w stolicy, strojów, wernisażów. Wybacz mi, proszę, ale tego ja ci dać nie mogłem. Byłem ubogi. Ale byłem młody i tu było moim bogactwem. - Stał się ironiczny: - A teraz już nie jestem taki, jak inni. Wszyscy z uwagą patrzą na moje usta, jakby z nich miały wyskoczyć... jelenie...

- Mój ty biedaku - zawołała wyjątkowo szczerze. - Nie chciałam i nie chcę ciebie męczyć... Durniątko ty moje!

- Gdybyś ty wiedziała, jaki ja czuję się stary! - westchnął. - Wszystko, co osiągnąłem to zero, bo nie mam w sobie siebie dawniejszego. I właśnie teraz, gdy jestem gorszy, chcesz mnie...

"Jak on ją kocha - myślała matka. - Boże, jaki on w niej zakochany!"

Rzeźbiarz milczał przez cały ten czas i nagle z wściekłością cisnął swój kij w kłujące zarośla.

- Nie znoszę jej! Takiemu chłopakowi potrzebna jest smukła, olbrzymiooka dziewczyna - współtowarzyszka. Dobra i wyrozumiała, która umiałaby wybaczyć mu wszystkie noce spędzone w laboratorium, która by go kochała, byłaby z niego dumna. Byłaby szczęśliwa, gdy wróci, położyła głowę na kolanach, a on jej jednej jedynej powie: "Łarysko, ratuj mnie!" I nikt, prócz niej, o niczym wiedzieć nie będzie.

- Czemu: Łarysko?

- A nie wiem... tak jakoś mi się wyrwało...

- A ja wiem... Skrzep masz w sercu...

- Jestem już stary... Bardzo zmęczony... Życie niczego mi nie oszczędziło... Moją pierwszą żonę zamordowali, a drugą... przegapiłem w pogoni za uznaniem.

- Ale ja pytam o Łarysę!

- At, to tak sobie. Ostatnie poblaski zachodu!

...Syn jak gdyby urwał się z jakiegoś łańcucha. Od czasu tej złowrogiej nocy przez wszystkie następne dni ani na chwilę nie zjawiał się w towarzystwie. Uciekał między piaszczyste wydmy "wąchać piołun", na rowerze wodnym znikał gdzieś za horyzontem, wdrapywał się na urwiste skały, skakał z nich do wody, przepływał przez całą zatokę aż do plaży. Tylko matka wiedziała: jeśli ktoś stoi nad stromym urwiskiem i, pochylony, pozwala wiatrowi rozwiewać skrzydła płaszcza, to jest nim jej syn. I jeśli na skale, oddzielonej przez wzburzone morze, dostrzega się jakiś drobny punkcik - to znowu jest nim jej syn.

Gdy nie było jego, nie widywało się również i jej.

Zjawiał się niekiedy na kolację - dziwny, jakby zdziczały, hałaśliwy, przesiąknięty zapachem soli, jodu i piołunu - o spalonej przez słońce skórze, o włosach wypłowiałych w jego blasku. Jeśli jeszcze na kogoś zwracał przez chwilę swoją uwagę, to tylko na matkę. Przygoda, niebezpieczeństwa, wiatr od morza - to było dla niego najważniejsze. Jak gdyby chciał wychlusnąć z siebie te wszystkie swoje trzydzieści lat w ciągu kilkunastu dni.

"Wziął rozbrat ze wszystkim" - myślała stara.

Jego oczy były teraz zupełnie inne: wąskie, zatajające jakieś pragnienie, baczne i... jednocześnie jakieś puste.

Pewnego razu znowu nie było ich od samego rana. Gdy pojawili się we dwoje ze śmiechem niemal wyzywającym, gdy stanęli na werandzie przed oknami jadalni - matka pojęła: to już koniec!

Dopiero co przeszedł pierwszy tego lata deszcz, zwilżył ziemię, pachniały gwoździki, wanilia, cynamon, pieprz. Ziemia była jak szkatułka, zawierająca wszystkie ostre przyprawy.

Sukienka kobiety i koszula mężczyzny były przemoknięte, ale oni nie zwracali na to uwagi. W oczach Agaty, patrzącej na syna, czaił się ledwo dostrzegalny uśmieszek. On zaś patrzył na nią z wyrazem jakiejś psiej pokory. Mimo iż twarz nadal była zuchwała, nie pozbawiona czegoś szorstkiego. W oczach jednak nie było nic, prócz może pierwotnej, elementarnej żądzy życia.

"To już koniec - jeszcze raz pomyślała matka - stał się jeńcem, niewolnikiem - władcą..."

I, wbrew samej sobie, wyrzekła głośno:

- Onuca!

- Co takiego? - zapytał rzeźbiarz.

- A nic.

Sama zaś rozmyślała dalej:

"Panować, owszem, można, ale nad szlachetnymi i dobrymi. Ale w tym wypadku... Czy naprawdę nie widzisz, kto jest przy tobie?.. Ona ciebie porzuci przy pierwszym twoim nieszczęściu!"

...Po obiedzie wszyscy, kto tylko chciał, pojechali łodziami do Lwich Grot. Matka nie wsiadła do łodzi, w której znajdował się Waleryj. Zajęli się nią koledzy syna, właśnie było tylko jeszcze jedno miejsce, więc już rzeźbiarz w niej się nie pomieścił.

Poczuła się prawie szczęśliwa, gdy Łarysa przyprowadziła na brzeg Jaropełka.

- Jareńku! - zawołała. - Chodź tu, dziecino!

Jasnowłosy chłopaczek o niebieskich oczach, nóżkach smukłych jak u źrebięcia, patrzył na starą z jakąś dziecinną, ale wyraźną niechęcią.

- Nie pójdę.

Zacisnął drżące wargi, zaczęły poruszać się dołeczki na policzkach, które przypominały dołeczki Łarysy.

- Jarek! - powiedziała siostra niemal gniewnie. - Cóż to takiego?!

- Nic - odrzekł Jaropełk - cóż ty mnie popychasz? Ja chcę do... Piotra Modestowicza.

Łarysa wzruszyła ramionami i, kiedy Jaropeł odszedł, powiedziała z poczuciem winy:

- Niech pani mu wybaczy. Przejściowy okres. Bardzo mi z nim ciężko.

Matka nic na to nie mogła odpowiedzieć.

Podrostek usadowił się u nóg rzeźbiarza i patrzył mu w oczy z oddaniem, z uśmieszkiem winowajcy, który nie pamięta ojca, lecz tęskni za nim.

Piotr Modestowicz - widoczne to było nawet z daleka - poczuł się nagle szczęśliwy, taki był wesoły, że aż stara mu zazdrościła... Coś chłopcu opowiadał, a ten słuchał go i patrzył na niego jak zakochany, wesoły, wzruszony.

Matka przeniosła wzrok na syna. Waleryj stał w łodzi i patrzył na tę scenę pociemniałymi oczami, w których czaił się jakiś smętek.

- Usiądź - rzekła do niego Agata. - Czyż to się stoi w łodzi?

Stał i patrzył.

- Siadaj.

- A jak pan poznał, że to szkielet Jarosława? - pytał w tym czasie chłopiec.

- Usiądźże wreszcie...

- Jarosław był chromy - jak dorosłemu wyjaśniał rzeźbiarz. - Na jego czaszce pozostał ślad od cięcia mieczem. Ostatnimi w jego sarkofagu byli złodzieje... Wleźli, a tu rozległ się jakiś alarm. A może po prostu opadło na nich wieko? A waży ono więcej niż tonę.

- Proszę cię, nie zasłaniaj mi słońca! - powiedziała Agata.

- Odczep się!

Odpływano od brzegu. Rzeźbiarz wciąż jeszcze opowiadał, Waleryj zaś w milczeniu, skupiony - wiosłował, na nikogo już nie zwracając uwagi.

- Dorwałeś się do tego dziecka - rzekła Agata.

- A cóż, ty ich nie lubisz? Powiedz, nie lubisz dzieci?

- Nie wiem. Nie przydarzyło się. Ale i takich chęci, prawdę mówiąc, nie mam.

- Dzieci to dobry ludek!

- Tęsknisz? Przejdzie ci to z wiekiem.

- ...To miły ludek!

Łódź ich oddaliła się i matka niczego już nie słyszała i nie widziała.

...W jakąś godzinę później matka siedziała nad zatoką, w pobliżu cienistej skały, z której ściekała cieniutka nić wodospadu. Ludzie się porozchodzili. Łodzie kołysały się u brzegu, przypominając ogromne śnięte ryby. W pobliżu siedziała Agata, zaś Waleryj jak obłąkany snuł się po brzegu, pilnie patrząc sobie pod nogi. Zaczynała się "choroba kamyków i muszelek". Nieco wyżej, na skalnym występie znajdował się rzeźbiarz z Jaropełkiem. Grubas toczył ku brzegowi urwiska olbrzymi kamień, chciał go widocznie zrzucić ze stromizny.

- Co wy tam robicie? - zawołał Waleryj.

- Chcemy zrzucić bombę Agaty - ponuro odkrzyknął grubas.

- A duża?

- Większa niż dwa kułaki.

Matka wsłuchiwała się w śpiew wody i ze wzniesienia patrzyła prosto na głębinę. Była to toń czysta, błękitnozielona, przezroczysta jak niebo. W toni tej pływały liliowe i białe meduzy. Najwięcej było białych. A jeszcze głębiej, między rozszczepieniami podwodnych skał rosły dziwaczne, kosmate lasy, krzewy. Od czasu do czasu poruszały się ich gałązki, potrącane przez przepływające tędy ryby.

"Jak ptaki w naszych sadach" - pomyślała matka.

Waleryj zaczął rozgrzebywac nogami otoczaki niemal tuż u nóg matki.

- I co? - zapytała.

- A nic.

- Czy ona z tobą jest szczęśliwa?

- Chyba tak...

- Szczęśliwe nie mówią w ten sposób o dzieciach. Bo co to, synku, szczęście? Szczęście dla siebie - to tylko zwid.

- To czemu mnie potrzebuje?

- Bo ty teraz jesteś ważny, a jej z tym jest dobrze... Ja tobie więcej nic nie powiem, ale ty przypomnij sobie tamte jej słowa.

Milczeli. Sennie nuciła woda. Cieniutka nić wodospadu spadała z wygładzonych kamieni i znikała w niej, nie mogąc znaleźć sposobu na utrzymanie się na powierzchni morza.

Wydawało się, że i te rozpalone kamienie taiły wielkie pożądanie, niezaspokojone żądze.

- Ja ją kocham, mamo!

O czym było tu mówić?! Milczenie jednak także było nie do zniesienia... Nie wiadomo, czy jeszcze by sobie coś powiedzieli, gdyby nie to, że od strony występu naraz doleciał przeraźliwy krzyk. Coś przed matką zaledwie mignęło w powietrzu. Następnie wytrysnął słup wody. I natychmiast matka, gdy woda zaczęła opadać z powrotem, ujrzała syna, który popłynął w takim tempie, jakby od tego zależało wszystko.

Życie istotnie mogło od tego zależeć. Na występie znajdował się jedynie Piotr Modestowicz, gdyż, jak się potem wyjaśniło, podrostek cofnął się, aby rzeźbiarzowi łatwiej było toczyć kamienną bryłę. Odstąpił - nie zdając sobie sprawy z tego, że znalazł się tuż nad urwiskiem, zupełnie niespodziewanie wpadł do wody, zachłysnął się nią i poszedł na dno. Tuż potem - zanim jeszcze podbiegł Waleryj - skoczył głową w dół Piotr Modestowicz. To jego ciało wyparło w powietrze ten słup wody. On jakby po prostu spadł z wysokości i to szybciej, niż chłopak, którego cień widziało się w wodzie, jak spazmatycznie poruszał rękami i nogami.

Znalazłszy się w pobliżu, Piotr Modestowicz wygiął grzbiet, żeby jakoś zmniejszyć ból, spowodowany przez niezręczny skok. Rzeźbiarz, mimo wszystko, dokonał wysiłku, by schwytać podrostka, ale wyrzuciło go na powierzchnię wody, w słońce. Chłopiec natomiast opadał wciąż niżej, jego cień stawał się coraz mniej widoczny - u podnóża tych skał było wyjątkowo głęboko.

Matka ujrzała niezwykle szerokie plecy syna, jego złocistą skórę. Gdy znalazł się w wodzie, to zalśnił jak rozżarzona igła w oleju - wokół całego ciała zakipiały srebrne bąble.

Zanurzył się w głębinie i również zaczął zanikać. Wreszcie ów impet ciała spotkał się z oporem wody, począł rozgrzebywać ją rękami, wnikać w nią powolnymi zrywami. Potem woda zaczęła unosić go do góry. Co prawda, bardzo wolno, jednak oddalając od Jaropełka, który opadał wciąż niżej.

Syna wyrzuciło na powierzchnię jak korek. Chwytał ustami powietrze.

- Uważaj! - krzyknął rzeźbiarz. - Łatwo go nie wydostaniesz, tu bardzo głęboko, chyba jakieś dziesięć metrów.

- Chyba głębiej! - odkrzyknął Waleryj.

W toni pływały meduzy, jeszcze głębiej znajdowały się owe podwodne sady. Wśród nich ledwie ciemniał maleńki człowieczek. Aż trudno było uwierzyć, że znajdował się tak głęboko, ale woda była przejrzysta.

- Nie rób tego! - krzyknęła Agata. - Tu trzeba nurków!

- Idźże ty do... - prawie nieprzytomnie zawołał Waleryj.

Matka to dobrze zrozumiała: wodołazów trzeba by dopiero zaalarmować, a na to jest za późno. Po raz pierwszy usłyszała takie słowa wykrzyczane przez syna, był widocznie przejęty, jednocześnie zaś speszony.

Waleryj wdrapał się na skalny występ. Co robić, dziadziu Piotrze? Głęboko. Nie dosięgnę, woda mnie wyrzuci. - Zauważył ową nieszczęsną bryłę. Obrzucił spojrzeniem troje ludzi, którzy znajdowali się obok, zauważył sylwetki wycieczkowiczów, biegnących brzegiem ku nim... Potem posłał spojrzenie matce i uśmiechnął się.

A jeszcze potem na nikomu więcej nie zwracał uwagi. Wyprostował się, nabrał głęboko powietrza i, wytężając wszystkie swe siły, uniósł bryłę, którą jeszcze przed chwilą z takim, trudem turlał grubas.

- Podtrzymaj ją - powiedział do Piotra Modestowicza - nabiorę oddechu, a jak mrugnę do ciebie, puszczaj!

Aż malinowy z wysiłku rzeźbiarz podtrzymywał. Rozdęły się nozdrza Waleryja. W chwilę potem razem z kamieniem postąpił do przodu, znalazł się ponownie w wodzie prawic nic wywołując bryzgów i począł się zanurzać, z niebieskawego stawał się granatowy, ciemniał, aż matka się przeraziła.

Woda była taka przezroczysta!

Tuż nad dnem potrząsnął głową, widocznie nie starczało mu powietrza. Bryły jednak nie wypuścił z rąk. Potem od dna jakby się oderwały męty wodne. Waleryj silnie odbił się od niego nogami.

Matka przez cały czas widziała, jak syn coraz częściej potrząsał głowa.

Zabulgotało coś w wodzie. To rzeźbiarz rzucił się na pomoc i tam, pod wodą, podpłynął do Waleryja, wypchnął go z czymś jeszcze do góry.

...Leżeli na mieliźnie jak dwa trupy. Syn upadł plackiem na twarz, podrygujące co jakiś czas plecy świadczyły o tym że żyje.

Jaropełk leżał na wznak, nie zdradzając żadriych oznak życia. Zastosowano natychmiast sztuczne oddychanie, ale nie pomagało. Leżał blady, ciemniały mokre włosy, rzęsy były zlepione.

Wreszcie wszyscy nieco odeszli, stali zdezorientowani, nic nie rozumiejący.

...Syn z trudem uniósł się nieco na rękach, łowił powietrze.

- Huśtajcie go! huśtajcie!

Wszyscy milczeli.

- On jest martwy - orzekła Agata.

Na twarzy syna pojawiły się czerwone plamy, nigdy matka nie widziała go aż tak gniewnego, bezsilnego, ale przejętego.

- Martwy?.. Powiedz to jego siostrze... Martwy... Odsuń się!

Postąpił chwiejnymi krokami przed siebie.

- Odejdźcie!

I uniósł bezładnie zwisające ciało chłopca do góry. Zataczał się sam, ciągle jednak potrząsał chłopcem. Włosy Jaropełka to dotykały kamyków, to się nad nimi unosiły.

- Cóż to takiego?! - krzyknął ktoś z oburzeniem. - Nie znęcajcie się nad nim.

- Precz!

Strumyczek krwi zabarwił usta Jaropełka. Spłynął na podbródek, na pierś. Jego ciało w rękach Waleryja wciąż jeszcze nie dawało oznak życia, ale syn bez przerwy nim potrząsał i potrząsał - nie tyle w nadziei, co w rozpaczy. Tylko matka to rozumiała.

Tak było trzeba, tak należało postępować.

...Wraz z wodą, którą wychlusnęły usta chłopca, wyrwał się jęk cierpienia... I jeszcze raz... i jeszcze raz.

Kiedy wszystko się skończyło, Waleryj, zataczając się, odszedł i usiadł na kamyczkach. Wstrząsały nim dreszcze. Czerpał garściami wodę i zmywał ze siebie krew. Wszyscy mieli wzrok skierowany ku niemu.

A on nagle zapłakał. Zapłakał nie z uczucia ulgi, ale jak gdyby w poczuciu winy i nie dającej się wypowiedzieć krzywdy, której nikt nic powetuje... Niczym nie odkupi...

Matka po raz pierwszy w życiu widziała, jak syn wścieka się, jak bluzga ordynarnymi wyrazami, jak wreszcie płacze. A także po raz pierwszy była świadkiem tego, do jakich czynów zdolny jest jej syn. I dlatego nawet nie zauważyła, jak Łarysa podbiegła do brata, obsypała go pocałunkami.

Widziała tylko, jak Waleryj nieco się oddalił, przykładał do ust chusteczkę, rdzawo zabarwioną. I była mile zaskoczona: po raz pierwszy w ciągu tych dni ujrzała w jego oczach coś zwyczajnie ludzkiego.

...Nic się w trybie życia nie zmieniło.

Jak i wczoraj, były tego wieczoru tańce. Jak i przedtem, morze wzdychało do księżycowej pełni. Matka znowu widziała ich dwoje, gdy tańczyli. Widziała szare, zimne oczy kobiety, jej twarz prawie bez wyrazu, ale urokliwą w zielononiebieskim świetle.

"Księżniczka" - znowu pomyślała matka. Zastanawiające było tylko to, że matka, po raz setny może przyznając dziewczynie urodziwość - nic przeklinała jej, nie odczuwała trwogi, ale jakieś tylko dziwne uspokojenie. Cóż, niech i tak będzie.

Głos śpiewał, drżał namiętnością, rozbrzmiewała wciąż ta sama melodia, za którą, jak się wydawało, ludzie w tych dniach po prostu szaleli.

 

I na zawsze

Mój uśmiech, moja radość...

 

Matka widziała Jego twarz, zbliżoną do jej twarzy: niebieskie oczy, złociste włosy, twarde piersi. Coś do niej mówił, wargi w takich chwilach jakby trzepotały z przejęcia, jednak na dnie oczu skrywał się pod rzęsami ten sam smutek..

...Biorąc na zdrowy rozum, ten człowiek powinien był ją opuścić, przecież jakaś bezlitosna siła, wszystko powinno było zniechęcić go do tej miłości, oderwać go od przeszłości. Przecież nic mu nie zostawało na ziemi. Chyba tylko błaganie o litość?!

I była jeszcze twarz Łarysy. Patrzyła na jego rozpacz, na urok tamtej, jednak w jej oczach pobłyskiwał tylko smętek, towarzyszył im jej życzliwy uśmiech, wszystko wybaczający.

...Tekla patrzyła znowu na morze, gdy ktoś stanął przy balustradzie. Usłyszała głos, w którym brzmiał niezrozumiały niepokój.

- Matko, niech pani mu wytłumaczy, że tak nie można. Nie można tak!

Stara zobaczyła oczy Agaty, tym razem niemal przepełnione popłochem.

- Ja dla ciebie nie matka. Czego ty chcesz?

- Jestem przerażona.

- A czegoś ty chciała? Czemu się trwożysz?

- On... on nie jest taki jak zawsze, matko.

- Nie jestem dla ciebie matką - powtórzyła stara. - Nikogo nie błogosławi się za zamordowanie syna.

Morze toczyło złocistość ku brzegowi, cicho wzdychało. Nie można było oderwać od mego oczu.

- Jak pani mogła nie zająć się nim wtedy, gdy on umierał?

- Ja go kocham... Ja będę z nim. On mi jest potrzebny.

- Nie wierzę - oschle odparła Tekla. - Nie było między wami zrozumienia, nie będzie i szczęścia... Co z panią? Skąd ta trwoga? Przecież to pani chce go zabrać...

Dopiero po chwili odezwała się Agata:

- Widzę jednak, że... że pani jest spokojna.

- To brednia! - powiedziała matka, nie podnosząc jednak głosu. - Ja po prostu widziałam jego siłę!

Z piersi dziewczyny wydobyło się westchnienie.

- On pójdzie, z kim zechce - powiedziała obojętnie, uśmiech pojawił się na jej wargach.

- Teraz twoja prawda - rzekła matka. - On pójdzie, z kim zechce pójść.

- Ale co do jego siły... nie trzeba żywić zbytniej nadziei. Bogowie także potrzebują czasem cichej przystani... Tylko jedna... - Zsunęła brwi. - Tylko jedna... - powtórzyła z naciskiem... - I nie ma bardziej słabych mężczyzn, niż ci silni!

- Słusznie! - powiedziała matka, wstając z miejsca. - A ja tobie, dziecinko, powiem jeszcze jedną prawdę, żeby było do pary.

- Słucham!

- Nie ma kobiet bardziej nieudanych i nieszczęśliwych, niż takie, co mają rozum, ale o wszystkim myślą na zimno i nie mają serca.

Godnie ruszyła w kierunku tańczących. Godnie i spokojnie, chociaż wiedziała, że walka o syna została przegrana.

...W godzinę potem Waleryj i Agata siedzieli w pewnej odległości od uzdrowiskowej plaży, nad brzegiem maleńkiej zatoki. Na lewo od nich widniały rozwieszone sieci rybackie, przypominające skrzydła nietoperzy. Na prawo, nad masywem góry unosił się srebrny księżyc.

Ten księżyc toczył ku nim po powierzchni morza srebrzysty kilim, lizał złotem ich bose stopy. To wracał ku nim, to od nich odchodził.

Agata siedziała obejmując rękami podeszwy swoich stóp, była cała w napięciu. Głowę oparła policzkiem o kolana, jej oczy śledziły rozmówcę z ukosa, uważnie. On zaś leżał, wspierając się łokciami, niezwykle rozłożysty, wąski w biodrach, o smukłych nogach - jakby chciał spłynąć do morza.

- Co się z tobą dzieje?

- A bo co?

- Chciałeś ze mną się rozstać? Tak natychmiast, na zawsze?

- Nie wiem... Jestem w takim dziwnym stanie... Dziwne uczucie. Ból, jakbym już utracił życie. A jednocześnie jakieś poczucie ulgi.

- Nic nie rozumiem.

- Wiesz... jest tak, jakbym chciał zastąpić Beethovena i za niego napisać Piątą Symfonię, a potem zrozumiałem: nie ma potrzeby. Wystarczy coś z Dziadka do orzechów. Nie trzeba cierpieć. Trzeba żyć. Oto morze. Oto księżyc. Nadciąga purpurowa, czerwona jesień... Nie osiągniesz, bracie, niczego, tylko siebie zamęczysz. A jednocześnie oznacza to, że życie się skończyło. Płacze w człowieku Beethoven... I jest jakoś lżej.

- Jak ty wzniośle mówisz! O czym właściwie? O pracy? O sławie? O kobietach?

- Nie wiem, doprawdy, me wiem... Uganiałem się za pewną kobietą. Potem za sławą. I co, sława przyniosła ulgę? Moja matka na przykład: nie może już wejść do morza, nigdy do niego nie wchodziła i nigdy już nie wejdzie...

Uniosła wyżej głowę, powiedziała z ostrożną czujnością:

- Ty właściwie unikasz rozmowy.

- Nie - oświadczył - co do siebie możesz być spokojna. Za późno, żeby się wycofywać... Chociaż nigdy z tobą nie będziemy szczęśliwi...

- Czemu?

- Bo także za późno.

Usiadł:

- Ty nawet nie wiesz, co było wtedy, dwa lata temu... Dla ciebie było to coś w rodzaju... cienia wielkiej miłości w przytulnych ścianach hotelowego pokoju... Aby tylko lepiej odczuwać tę przytulność, nie odczuwać pustki we własnym domu... Tak, to było dodatkowe polano, wrzucone do domowego kominka...

- Ale przecież nie było ci przez to mniej ciepło?

- Byliśmy razem... Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałaś, że bogowie po to czasem stwarzają doskonałych ludzi, aby ci mieli prawo jak najwięcej od nich wymagać... Od bogów i od innych równie doskonałych ludzi...

- Jakoś sobie nie przypominam.

- Zdaje się, że to jest jakaś hinduska legenda.

- Nie przypominam...

- A ja pamiętam. Pamiętam wszystko i to stanowi o różnicy między nami. Dlatego, że ty wtedy weszłaś w moje sny, nawet w podświadomość. Ty tego nie pamiętasz, ale ja w owym czasie nawet oczu na ciebie, cudzą, podnieść nie śmiałem, ty sama mi je otworzyłaś.

- Moim skromnym zdaniem, nie był to mój jakiś zły uczynek... - spróbowała się uśmiechnąć.

- Oczywiście... Dla ciebie... Wiem, żeś była w próżni. Ale co do mnie - cierpiałem jak nikt na świecie, chociaż widocznie nie byliśmy stworzeni dla siebie, przecież nie mogłem zrozumieć, czemu kocham właśnie ciebie...

- Co tu rozumieć?.. Kochasz i to wystarczy...

- Masz rację. Ciągnęło ciebie coś do mnie, ale to ci nie przeszkadzało być z innym, była skromność - aby oszukiwać mnie i cały świat, była myśl i był rozum, ale ani razu nie doszło do ciebie, jak ja ciebie kocham, jak cierpię, jak pragnąłbym zawsze być z tobą... I była uroda... było wszystko, oprócz czegoś najważniejszego - cierpienia, dobroci, czułej troskliwości.

- A czy ty o to się starałeś?

- Żeby popatrzeć na wszystko twoimi oczyma?

- Ty zawsze miewałeś trafne domysły!

- Próbowałem patrzyć. I nie potrafiłem znaleźć usprawiedliwienia... Przedmioty nie mają duszy. Jeśli ktoś ma do wyboru między człowiekiem, który umiera z miłości, a przedmiotami - czyż można długo się zastanawiać?

- Nie podoba mi się twoja uległość wobec mnie... Wiesz przecież o tym: my mówimy, że lubimy w nas zakochanych. W rzeczywistości jednak my lubimy tych, w których potrafimy się zakochać!

- To ty nie wiesz, że uległość mężczyzny oznacza najbardziej głęboką miłość? Przecież wiedziałaś, jak zmagałem się z życiem, jak wspólnie ze mną walczyli o prawdę koledzy? Przecież mogłaś się przekonać, że nie jestem smarkaczem lub bęcwałem...

- A jednak...

- I właśnie dlatego nigdy nie próbowałem obchodzić się z tobą grubiańsko lub rozmawiać z pozycji władcy. To bzdura, to jeszcze wieki niewolnictwa panują w duszach niektórych kobiet. Nie jestem bydlęciem, jestem człowiekiem jak i ty, który jednego pragnął może nade wszystko, żeby ci było jasno i lekko. Wiedziałem dobrze, że prawdziwe kobiety są lepsze niż mężczyźni. Że one to kwiaty życia. I to także wiedziałem, że im jest ciężko, jeszcze jest ciężko. Moim pragnieniem było, na tyle, o ile ode mnie to zależało, uczynić wszystko, żeby przynajmniej jednej było lekko i radośnie żyć! Cóż, widocznie w stosunku do tej właśnie jednej pomyliłem się...

Gdy to mówił, ona uśmiechała się, jej zęby w księżycu lśniły błękitnie, oczy były tajemnicze.

- Uważasz, że wobec tej jednej potrzebny był kij?

- Nie... obojętność...

- Ach, jakiś ty rycerski!

- Nie. Na to wszystko braknie mi słów. Moje opętanie wciąż się wzmaga. Takie to ono, że niekiedy nie mam już czym oddychać.

- To ci właśnie i bruździ!

Cisnął kamykiem do wody. Wargi miał zaciśnięte.

- Miał rację Piotr Modestowicz. Po co mi idol? Potrzebna mi jest współtowarzyszka. A od ciebie za wszystkie moje modlitwy otrzymałem tylko ból. Wzmaga się opętanie... Jak mi smutno! Dzisiaj podczas tańców ogarnęła mnie taka rozpacz, że się aż przeraziłem, iż nic w człowieku nie jest wiecznotrwałe i to, że jestem bliski ostateczności... Ale jednak rozum nie może być niewolnikiem uczucia, choćby nawet najsilniejszego w życiu. Na próżno modliłem się o poczucie zdrowia, siły i niezależności!

Była w tym taka szczerość, że aż znowu zbiegły się brwi kobiety. Przysunęła się bliżej, położyła głowę na jego kolanach, chwyciła go za szyję giętkimi, pieszczotliwymi rękami.

- Wybacz mi, mój drogi!

Dłonie, które podsunął pod jej plecy, lekko drżały.

- Mnie jest lekko i strasznie zarazem.

Odwieczny nawyk władania ujawnił się i w tej chwili. Pycha wymagała, chciała koniecznie widzieć, jak znowu rodzi się najbardziej oddany i wierny, tak jej potrzebujący, że kobieta nie wytrzymała i powiedziała:

- Po co chciałeś mnie w całości? Przecież nigdy ci nie przyrzekałam, że zawsze będę tylko twoją. Po co żądałeś aż tak wiele?

- Czemu ja jeszcze żyję? Po jakie licho dwadzieścia lat strawiłem na pracę, na walkę o uznanie?! I czemu ty wymagałaś tak mało? Czemu teraz chcesz więcej?

- Bo ciebie kocham...

Ale mężczyznę nawiedziła jakaś dokuczliwa myśl. Jego duże oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły. Głęboko westchnął, wyprostował się, jednocześnie jak gdyby ją odpychając.

Wąskie biodra i szeroki tors. Od dołu wydał się jej czymś w rodzaju trójkąta, ustawionego ostrzeni nad nią. Jego skóra w księżycu mieniła się złotem i błękitem. Tylko pod lewą sutką skóra lekko drżała i to stanowiło jedyną oznakę wzburzenia, które go przepełniało.

- Dlaczego teraz właśnie chcesz być tylko ze mną?

- Człowiek się zmienia - szepnęła. - W ciągu roku, miesiąca, a czasem w ciągu jednego dnia, staje się kimś innym. Kocham tylko ciebie.

- Tylko tyle? Ja wiem, że dla ciebie było obojętne to wszystko, co ja przeżywałem. Tyś myślała - wszechświat przed tobą!.. A obecnie wiele ci się wymknęło z rąk, zostało w nich tak mało... Teraz mnie szukasz, teraz znowu stałem ci się potrzebny...

Wyciągała ręce wciąż wyżej i wyżej, a jednocześnie coraz niżej chyliła się ku jej ustom głowa mężczyzny.

Ale nagle z pojękiwaniem odwrócił się od niej.

- Ciężko mnie zraniłaś!... - wykrztusił.

- Późno sobie o tym przypomniałeś.

- Oto niemal w konwulsjach szukam jeszcze ciebie. W jakichś prześmiertnych drgawkach, gdyż wciąż nie mogę uwierzyć, że miłość już umarła. Każdy ma taką tylko jedną.

- Za późno... - uśmiechnęła się niewyraźnie. - Byłeś mój! I nikt z twojej pamięci nie wydrze tego wszystkiego, co było. Nic nie odbierze ani szczęścia, ani tych, jak to mówisz, upokorzeń.

I dodała:

- Czemu milczysz? Pocałuj mnie.

Pragnienie, jak do strumyka wody, który wpadał do buchającej żarem zatoki w słońcu, spadło na jego wargi. Jak gdyby dookoła panował upał śmiertelny i tylko ten nikły strumyk zawierał w sobie życie.

- Tak będzie zawsze... - powiedziała.

Głaskał ją po włosach.

- Zawsze... - powtórzyła.

- Zawsze? - zapytał.

- Tak.

- Pójdziesz ze mną wszędzie?

- Bardzo być może...

Teraz wiedziała: nic nie przeszło, nie ma czego się obawiać. A to dlatego, że ten złocisty bóg należał jeszcze do niej i tylko do niej. Umacniał ją w tym przekonaniu suchy, gorączkowy blask jego wielkich oczu.

- Będę z tobą, gdy ty tylko wyciągniesz po mnie rękę.

To był błąd, z którego natychmiast zdała sobie sprawę.

- Jestem już bardzo zmęczony tym chodzeniem po linie nad przepaścią...

- Kiedyż to aż tak się zmęczyłeś?

- Dziś. Gdy trzymałem na rękach tego chłopca... A może i wcześniej? Kiedy on zdradził nas wybierając tego grubasa... Ale potem uśmiechnął się do mnie. Odpłacił jednak dobrocią. A ty nigdy tak nie postąpiłaś.

- Ach, te twoje kwiaty życia! - powiedziała tym razem gniewnym tonem.

- Nie do żartów mi... Ja już w połowie zatraciłem swoje życie. W imię czego? W imię tego, że mi nikt za to nie powie: "dziękuję"! Mam zmarnować i drugą połowę?

- Czy może ci być z kimś lepiej, niż ze mną?

- Nie...

- A więc... - powiedziała, siadając. - Na tym polega cała różnica. Jestem dla ciebie wszystkim. I ja to wiem. I pochylam się nad tobą, gdyż jesteś najpiękniejszym, najmądrzejszym, najrozumniejszym człowiekiem na świecie... Gdyż jest mi... z tobą tak dobrze. Jest mi dobrze i będę z tobą, gdy ty tylko wyciągniesz do mnie ręce. Ale dla mnie, jak dla kotki, najważniejszy jest nie dom, lecz ogród...

- Albo dom sąsiedzki... - wtrącił zjadliwie. - Chcesz zatrzymać mnie na całe życie, niczym jednocześnie nie ryzykując, nic nie dając z siebie. Tak nie może być!

Łagodnie odsunął jej ręce od swojej szyi.

- Masz teraz mniej i dlatego mnie potrzebujesz. Zostało ci w życiu mniej, ale chcesz panować nad moimi uczuciami, nad moim życiem i szczęściem. Jakby to był dżyn. Wystarczy nacisnąć guziczek przy lampie i w jej świetle ukaże się butelka, w której spokojnie czeka na ciebie ten dżyn.

Wstał na chwilę, znowu usiadł.

- Tak nie będzie. Ma być równość.

- A co na to pamięć?

W tym miejscu Waleryj cichutko się roześmiał.

- Kiedy prawie wszystko ciebie opuści, nie będziesz płakała nad moimi listami z myślą, że wszystko zależało tylko od ciebie... Ogarnie ciebie śmiertelny, spóźniony żal.

Niemal triumfował, jakby coś ważnego nagle pojął.

A potem powiedział:

- Będziesz żałowała, że byłaś młoda i czysta. I że byłem ja. I że mogłaś mnie mieć wraz ze wszystkimi myślami, z chwilami słabości i latami siły... z oczami, z włosami, z rękami, z objęciami i pragnieniem... że mogłaś mnie mieć całego, do ostatniej tkanki. Wszystko mogło być twoje. Cały świat... Mogło to być...

Śledziła go z uważnym niepokojem.

- To wszystko będzie moje! - powiedziała.

- Może i będzie... Ale uprzedzam, że nie będziemy bawić się w kotka i myszkę...

Naraz się obejrzał.

- Na co tak patrzysz?

- Zaczekaj.

Na występie pobliskiej, niewysokiej skały pojawiły się dwie sylwety: kobieca i chłopięca. Obie smukłe, błękitne w księżycowej poświacie.

- Siadaj tutaj - dał się słyszeć głos Łarysy.

- Ani myślę! Będę ciebie ratować! - odparł chłopak.

- Przecież jesteś już mężczyzną.

- Czy cieszysz się, że jestem twoim bratem?

- Cieszę.

- I dlatego jesteś taka wesoła? Tylko z tego powodu?

- Tylko z tego powodu - odpowiedziała. - I to ja widocznie muszę nauczyć ciebie dobrze pływać i nurkować.

- Czemu?

- Kiedyś dasz nurka i wydobędziesz dla mnie z dna scytyjską koronę.

- Ależ pleciesz bzdury! - westchnął.

- To co, nie zechcesz dla mnie jej wyłowić?

- Wyłowię - powiedział zgodliwie. - Wyłowię, jeżeli tylko taka gdzieś jest.

Dziewczyna wyprostowała się na skale, odchyliła się nieco do tyłu i wyciągnęła do księżyca delikatne, wzruszająco cienkie, niemal dziecięce ręce.

- Jaki piękny księżyc! Jakie morze! Chyba widzisz koronę na jego dnie?

- To tylko odblask - orzekł chłopiec.

- Nie, to korona!

Cała ogarnięta przez poświatę, stała Łarysa z wyciągniętymi przed siebie rękami.

- Ja ciebie bardzo kocham - powiedział podrostek, tłumiąc zawstydzenie. - Będę ciebie kochać i wtedy, gdy wyjdziesz za mąż.

- Mój ty głupiutki!

Błękitni, smukli stali na występie, mając u stóp wzdychające morze. Dziewczyna i chłopak, prawie dziecko. Niby jakaś łania z jelonkiem.

- I ja ciebie bardzo kocham - powiedziała. - Taka jestem szczęśliwa, że mam ciebie.

Pochyliła się nad nim, otarła policzek o jego włosy. Jak gdyby łania dotknęła mordeczką kędzierzawego łebka jelonka.

- Będziesz mieć koronę... - powiedział chłopiec i dał nurka.

Dziewczyna wydała okrzyk przerażenia, ale błękitniejący kształt płynął w stronę złotego, rozedrganego kręgu. Wtedy i ona, sprężona, skoczyła w ślad za nim. Zanikli w fosforyzujących falach.

Wynurzyli się na powierzchnię dość daleko od tego miejsca, właśnie w złotym, kręgu, roześmieli się, potem popłynęli dalej, aż zniknęli z oczu...

Z niezwyczajną u niej, nagłą i pokorną pieszczotliwością Agata objęła szyję mężczyzny.

- Ona będzie moja! - powtarzała.

On milczał. Garściami ciskał kamyki nad wodę. Jak gdyby rozsiewał je.

...Tego dnia słońce zbudziło się łagodne, pieszczotliwe. Upał również był łagodny i przyjemny. Promienie przenikały morze do samego dna, woda była przejrzysta, niebieska, że samo patrzenie na nią budziło ból i szczęście.

Waleryj wstąpił do budki łodziarza, zabrał wiosła, razem z matką ruszyli w kierunku łódek. Turnus się już skończył, następnego nie przewidywano, plaża była prawie pusta.

Matkę niemal przez całą noc bolała głowa, nad ranem ból właśnie ustał i teraz - po tym bólu - świat wydawał jej się trochę niepojęty, ale tkliwie życzliwy.

- Dokąd to wy? - zapytał Piotr Modestowicz, który jeszcze mokry, leżał na kamykach i palił papierosa.

- A ot, chce, żebym użyła przejażdżki.

- Dawno trzeba było to zrobić - przytaknął rzeźbiarz. - Dawno... No i jak?

- Dobrze, Modestowiczu.

- Trochę pewnie smutno?

- A smutno... - pokornie potwierdziła.

- Cóż, takie jest życie... - westchnął. - Ale to nic.

- Ale to nic.

- To do zobaczenia wieczorem! - powiedział rzeźbiarz. - Pójdziemy może do kina?

- To do wieczora! - odpowiedziała. - Do wieczora, mój drogi!

"Pogodziła się ze wszystkim" - pomyślał Piotr Modestowicz, trochę ze smutkiem, a trochę ze współczuciem spoglądając na zmierzających do łódki.

Szedł potężny, opalony, postawny i przystojny, wszystkie dziewczyny oglądały się za nim. Obok niego szła ona - jeszcze prawie prosto trzymająca się, ale wyschnięta, cała w czerni. Usadowił ją na rufie, roztworzył nad nią parasol.

- Łaryska! - powiedziała naraz matka.

Podniósł powieki. Szła po plaży, ale daleko od nich. I Waleryj zdziwił się, że matka wcześniej zobaczyła ją, niż Agatę, która właśnie zbliżała się do łodzi.

- Dzień dobry! - powiedziała Agata, przykuwając tuż między pianą a kamykami. - Dokąd to?

- A do skał - oznajmił syn i dodał: - Wrócimy wieczorem.

- To dobrze - odpowiedziała i spiesznie wstała, ruszyła do wody.

Cała była w pianie i w słońcu. I sama była zimnawa jak piana. A na jej ostrych piersiach, na trykocie widniał stateczek, płynący w nieznane pod błękitnymi żaglami.

Pływała...

- Dzień dobry! - stara usłyszała głos Łarysy.

Pielęgniarka-gospodyni stała przy łódkach wyprostowana, w swoim zwykłym białym kitlu.

- Nie boi się pani? - zapytała matkę.

- Z nim?! - uśmiechnęła się Tekla Daniłauna.

Niby nic się nie zdarzyło, a jednak taka serdeczna życzliwość wyglądała z oczu Łarysy. I rzeczywiście nic nie zaszło. Wczorajszy dzień, o, ten był koszmarem!

- Jeszcze raz bardzo panu dziękuję, Waleryju Maksimowiczu - powiedziała pielęgniarka. - Gdyby nie pan, nie wiem, co mogłoby się zdarzyć...

- Nie ma za co... Przeżyłem już trzydzieści lat i może po raz pierwszy rzeczywiście czegoś naprawdę dokonałem.

- Doprawdy, strach pomyśleć, co mogłoby być - powtórzyła Łarysa.

Smętnie się uśmiechnął. Tym swoim wcześniejszym, ludzkim uśmiechem.

- Ja wiem tylko, czego nie byłoby...

- Czego właściwie?

- Korony. Scytyjskiej korony na dnie.

- Oooch, to pan...

- Nieważne... Bardzo wam obojgu dziękuję...

Oczy dziewczyny, jak gdyby wszystko zrozumiała, zmieniły się, zalśniły jakąś nieśmiałą, nieco melancholijną pieszczotliwością.

- Do zobaczenia! - zawołała do matki. - Do wieczoru!

Mężczyzna gwałtownym ruchem odtrącił łódkę, przysposabiał się do wiosłowania. Łódka wolno oddalała się od brzegu.

- Dureń! - powiedziała matka.

Byli w tym momencie dosyć daleko. Morze wprost iskrzyło się, chociaż w niektórych jego odblaskach czaił się jakiś smutek. Bardzo jednak możliwe, że to tylko matce tak się wydawało. Na brzegu rozbrzmiewała melodia, wciąż ta sama, pełna namiętności i wyczekiwania - za którą przepadali wszyscy tutaj odpoczywający.

Widocznie ta muzyczka coś im przyrzekała przed nadejściem długiej zimy północnej.

Postać Łarysy malała z każdą chwilą, stawała się mniejsza niż mały palec. Dziewczyna nieśmiało uniosła rękę i wolno machała nią matce na pożegnanie. Zaś głos z brzegu skarżył się, niemal szlochał - była w nim namiętność, pieszczota, oczekiwanie...

 

Do jutra więc...

Cokolwiek nam zaś się przydarzy,

Z tobą rozstaję się jak ze słońcem...

Do ju-uuu-utra więc!

 

Postać niemal zanikała. Ale, niby ostatnie słowa pożegnania, jeszcze doganiał łódkę ów głos.

Łarysa przestała być widoczna, zniknął wreszcie i brzeg za podnóżkiem olbrzymiej góry. Podnóżek wchodził w morze niby pragnąc napić się z niego wody.

Matkę osłaniał parasol, dookoła jednak wszystko stawało się jaskrawe, jeszcze z daleka rozdzwonione cykadami, rozszeptane uderzeniami fal o skalne występy.

Małymi plamkami czerwieniły się na granatowych skałach kępki sumaku.

"Jakby pociły się krwią - pomyślała matka. - A co w tym dziwnego, przecież to ciężko, kamiennie trudno być skałą... Martwa... Bezpłodna... Dlatego i płacze krwawymi łzami..."

Zmieniały się zatoczki, zmieniały się skały, ustępując sobie wzajem miejsca. Matka siedziała, spracowane ręce ułożyła na podołku, niemal litując się patrzyła na brzegi.

Twarz syna miała przed sobą - złocistą, niebieskooką, wyrazistą. Nie, to nie tylko jej duma matczyna. Syn rzeczywiście był najprzystojniejszy spośród wszystkich mężczyzn, których widywała.

- Czemu tak patrzysz?

- Ciebie będą jeszcze bardzo kochać - odrzekła. - Ale wszyscy będą ciebie kochać nie za to, za co ja... Nie za to, za co ja... Nie za to, że ty to jesteś ty... Nie za te twoje nagrody... Kocham ciebie za dobroć, za to, że jestem razem z tobą... Ale i ona będzie ciebie za to kochać, tylko inaczej... Bo ja kocham ciebie za to, że w trzecim roku życia o mało co mi nie umarłeś, że w siódmym roku poszedłeś w nocy na mogiłki... Za tak bardzo wiele...

Przybił do brzegu niedużej, lazurowobłękitnej zatoczki. Można ją było przejrzeć aż do samego dna, była czysta niby diament, spokojnie wygrzewała się wśród skał, pośrodku wody znajdowała się także skała, nagle się urywająca, o ostrym pochyłym spadku ze wszystkich boków, wyglądem swoim przypominająca żagiel.

- Ładnie tu, co?

- Tak... - zgodziła się. - Ale czy ty pamiętasz, jak pachnie chlebna dzieża?

- Czemu o to pytasz?

W przejrzystej wodzie poruszały się jak kwiaty białobzowe meduzy. Rzeczywiście, przypominały duże kwiaty. Wygrzewały się w słońcu. I matka poczuła się jak zimą przed dobroczynnym ogniem w piecu, poczuła, jak w jej żyłach pulsuje wonny, życiodajny upał. Przepełniał ją całą: ręce, plecy, kolana.

- Zawsze, synku, pamiętaj o chacie - powiedziała - o dzieży, o każdym tamtym słowie. Inaczej to ciebie zadepczą...

- Czemu ty o tym właśnie mówisz?

- Chcę, żebyś był szczęśliwy, wolny, zdrowy. Oddałabym za to wszystko!

- Aaaach... - odpowiedział nijako.

- To takie proste. Inaczej nic nie zdobędziesz. Miej oczy, bądź dobry, nie krzywdź ludzi prawdziwych, nie wierz ludziom złym.

Zwiesił głowę.

- Ja... będę dobry, mamo.

Nad wodą, ogarniając całą zatokę i jego złociste plecy, lśniło słońce. Słońce jak odwieczne święto życia.

...Na brzegu nazbierał wiele białoróżowych chalcedonów i przymglonych agatów, wysypał je na podołek matki i znowu odtrącił łódź od brzegu.

- Tak pewnie będzie lepiej?

- Lepiej. Tu tyle błękitu... Dziękuję tobie, synku, za to sine morze!

W bezdni, jak kwiaty, nabierały ciepła meduzy, pod nimi poruszały się ciemnogranatowe sady.

- Będę! - powtórzył.

Wstał, wyprostował się, patrzył na ów skalny "żagiel" z dziwnym uśmiechem, który mógł oznaczać poczucie wyzwolenia.

- Spróbuję stamtąd skoczyć. I nie roztrzaskam się o skały.

- To wiem... - spokojnie potwierdziła matka.

Wyskoczył z łódki, zatoczył duży krąg wśród błękitnego kryształu i meduz. Płynął, ale matce zdawało się, że leciał swobodnym lotem nad ciemnymi sadami w wodzie.

Nabrał rozmachu, pojawił się na powierzchni, popłynął w stronę "żagla", ruchliwy i silny jak młody delfin. Uchwycił się porowatej powierzchni skalnego podnóża.

"Żagiel" górował nad nim jak jaki legendarny olbrzym. Ale człowiek uparcie i zręcznie wdrapywał się po jego stromiźnie. Oto wspiął się na wysokość kolan tego olbrzyma, osiągnął jego biodra, znalazł się przy jego piersi.

Niekiedy jakby przywierał do skały, starał się być jej częścią, kiedy indziej odchylał się od niej tułowiem.

W upale rozwinęły się kwiaty meduz. Morze cicho szeleściło u brzegu. A może to szeleściły kamyki, wytrącone przez niego ze swoich miejsc?

Matce zaś zdawało się, że on jakby zawisł nad błękitną otchłanią. Przejrzystą aż do samego dna diamentową przejrzystością.

- Ma-ma-ma-aaamo!

Uniosła oczy do góry. Stał na wierzchołku skały, ręce miał wyprostowane.

Odrzucona do tyłu głowa, szeroka pierś, piękne zarysy bioder, doskonałe nogi o gładkiej skórze.

Na wierzchołku wspinającej się ku niebu skale - sam także w niebieskim błękicie - stał o rękach skrzydlatych, po prostu złocisty bożek!

"Tak - myślała matka - tak, jestem tego pewna. Ten. nie zginie marnie. Opętany przez jakiś czas, teraz rozkuty z łańcuchów swojego cierpienia... Da sobie radę!"

Złocista, krymska opalenizna. Rozkołysane ręce. Jedyna złota plama na tle przejrzystego, błękitnego nieba - lecąca między niebem i ziemią, nad podwodnymi sadami.

Sprężył się, uniósł na palcach i wysoko skoczył w błękitnym powietrzu, łatwo koziołkując.

"Tak - pomyślała niemal leniwie - to mu przejdzie. To już tylko przeszłość, która jeszcze czasem się odzywa. To mu przejdzie..."

Ogarnął ją spokój... Oto sady pod wodą. Meduzy rozkwitają we wnętrzu niebieszczejącego diamentu. Szeleści i coś szepcze morze. Nagle sypią się, spadają z jej podołka kamyki.

Oczy jej jeszcze wzniesione do góry, patrzy tam, skąd z rozrzuconymi rękami, z niezmiernej wysokości leci do niej złocisty bóg.

Upał. Dojmujące słońce. Poszum... poszum... poszum morza.

"Mamo... Mamo!.. Co z tobą?... Ma-aaa-mo!"




Źródło: Uładzimir Karatkiewicz. Błękit i złoto dnia. Łódź, Wydawnictwo Łódzkie, 1976.
Tłumaczenie: Jan Huszcza

Беларуская Палічка: http://knihi.com